czwartek, 8 kwietnia 2010

Dni 268-317 - Z powrotem w ławie szkolnej. Tarija.



Po krótkim postoju w Salta w Argentynie gdzie rozstajemy się z Anią i Alkiem, jedziemy ponownie do Boliwii. Przekraczamy granicę w Bermejo i jedziemy do miasta Tarija, aby uczyć się hiszpańskiego. Miejsce wybieramy nieprzypadkowo – praktycznie nie ma tu turystów, więc nie grozi nam, że zamiast rozmawiać po hiszpańsku wylądujemy w jednym z barów w angielskojęzycznym towarzystwie, jak to zwykle bywa w bardziej uczęszczanych miejscach. Poza tym region Tarija ma bardzo łagodny klimat, który sprzyja uprawie owoców (teraz jest sezon na figi, winogrona i brzoskwinie). Ponadto jest głównym regionem produkcji win w Boliwii, a ulice obsadzone są cudownie kwitnącymi drzewami. W porównaniu do innych miejsc w Boliwii to bardzo mało egzotyczne miasto – stosunkowo niewielu tu autochtonów-Indian, znakomitą większość stanowią metysi. Wprawdzie i tu jak w innych boliwijskich miastach jest uliczka znachorów-czarodziei, gdzie można się zaopatrzyć we wszelkiego rodzaju zioła, korzenie, maści, amulety, no i oczywiście podarki dla Pachamamy (matki-ziemi) z suszonymi płodami lamy włącznie. Nie ma tu jednak takiego wyboru, jaki jest na targu czarownic w La Paz. Miejscowi objaśniają też, że stosunkowo niewielu tu amatorów czarów. Ci co są to przyjezdni, głównie z La Paz i Oruro. Do Tarija przybyli w poszukiwaniu pracy i wyższego poziomu życia.





Bardzo szybko bo już w dwa dni po przyjeździe udaje nam się znaleźć wspaniałą nauczycielkę hiszpańskiego – Julię, z dwudziestopięcioletnim doświadczeniem w nauczaniu i cierpliwością anioła. Pomaga nam w wynajęciu samodzielnego mieszkania, więc w przeciągu kilku dni osiągamy namiastkę stabilizacji i szybko wpadamy w rutynę codziennych zajęć. Ciekawa odmiana po ciągłym przemieszczaniu się z miejsca na miejsce przez ostatnie osiem miesięcy. W weekendy trochę zwiedzamy okolicę. Prawie w każdą niedzielę Julia i jej syn Sergio zabierają nas na obiad do jednej z okolicznych wiosek i konsekwentnie po kolei zapoznają nas z tajnikami boliwijskiej kuchni, a co dla nas najważniejsze mają cierpliwość rozmawiać z nami wyłącznie po hiszpańsku. Zważywszy na nasz stan zaawansowania jest to chyba z ich strony nie lada wysiłkiem, ale nie okazują tego po sobie.



W Tarija żyje się wyjątkowo spokojnie. Nie ma tu zbyt wielu atrakcji ani zabytków, ot takie sobie małe spokojne miasteczko. W sklepach jest niewiele. Oczywiście są wszystkie podstawowe produkty żywnościowe, ale nie ma żadnego porównania z przepychem supermarketów w Europie. Za to jest wielka różnorodność owoców, warzyw, niezliczone rodzaje zbóż, np. ziarno komosy ryżowej (zwane quinoa lub ryżem peruwiańskim), wiele rodzajów kukurydzy i oczywiście niezliczone gatunki ziemniaków, o przeróżnych smakach, kolorach, twardości, konsystencji i zastosowaniu. Przekupki na targu już nas rozpoznają, szczególnie jedna chyba nas lubi, bo zawsze daje nam jakieś cuda na spróbowanie i tłumaczy, co z nimi zrobić. Jedne przez drugie krzyczą i zachwalają swoje stragany. Na mnie wszystkie wołają „mamita”, a na Grześka „papito”, czyli „mamuśka” i „tatusiek” :-); z początku nie bardzo wiedzieliśmy o co chodzi, ale jak się potem przekonujemy, podobnie jak wszelkiego rodzaju zdrobnienia, są to bardzo często używane serdeczne formy, za pomocą których ludzie w Boliwii zwracają się do siebie (?!).

Dom, w którym znajduje się nasze mieszkanko znajduje się przy małym placu, naprzeciwko kościoła i prowadzonej przez Trzeci Zakon Franciszkański szkoły, więc rano budzi nas dziecięca wrzawa, a popołudniami słuchamy codziennych prób szkolnej orkiestry. Jako że głównymi instrumentami są olbrzymie bębny i instrumenty dęte, hałas jest nie do opisania. Przez całe tygodnie ćwiczą w zasadzie tylko jeden utwór, i są dni, gdy zamiast lepiej wychodzi im coraz gorzej :-)



Przed szkołą odbywają się też codzienne akcje przedwyborcze. Tarija żyje teraz wyborami na gubernatora regionu. Zmagający się ze sobą kandydaci nie stronią od populistycznych rozgrywek, mają swoje piosenki wyborcze, które my też już mimowolnie nucimy pod nosem: „Mario Cossío Gobernadooooooor”…

Tuż przed świętami wielkanocnymi poznajemy rezydujących tu od ponad piętnastu lat polskich misjonarzy: księży redemptorystów i siostry służebniczki. Nie bardzo rozumiemy po co tu misje, skoro Boliwia jest krajem bardziej katolickim niż Polska (podobno w 95%), ale skoro są, to pewnie są potrzebne. Księża wprowadzili tu polski zwyczaj święcenia pokarmów, więc jak należy zaopatrujemy się w mikroskopijnych rozmiarów koszyczek, w którym układamy dwa jajka, chleb, sól i kiść czarnych winogron (żeby było ładniej :-) i żeby wina nigdy nie zabrakło :-)). Wygląda on dość mizernie pośród koszy i worów jedzenia, jakie do poświęcenia przynieśli parafianie. Traktują oni bowiem wszelkie symbole religijne bardzo dosłownie. Jak święcić jedzenie, to wszystko co się da. Tak, aby wszystko, co się je było „święte”. Okoliczni wieśniacy przytargali do kościoła wory ziemniaków, owoców, chleba i co tam jeszcze. Zabierają też ze sobą do domu hektolitry wody święconej. Siostry nam opowiadają, że wśród prostych ludzi zdarza się gotowanie zupy na święconej wodzie, szczególnie jak syn urwis a mąż pijak :-). Również święcenie pokarmów to nie takie sobie byle jakie pokropywanie jak w Polsce. Wszystko i wszyscy muszą być porządnie zmoczeni i „święci” zanim pójdą do domu. Po święceniu pokarmów przed księdzem ustawia się kolejka ludzi, którzy pragną, aby ich także poświęcić. Ksiądz doszczętnie moczy im głowy :-) – taka szczera, dosłowna, ludowa religijność.

Praca tutejszych misjonarzy jest godna jak największego podziwu jeśli chodzi o działalność charytatywną. Siostry zabierają nas do powstałego pod okiem misji sierocińca. Wizyta tu jest jednym z bardziej przejmujących i niezapomnianych momentów naszej podróży. W sumie jest tu 78 dzieci, z których tylko dwoje to autentyczne sieroty. Cała reszta to dzieci porzucone przez rodziców w różnych okresach życia i z różnych powodów, na przykład niepełnosprawności. Najmniejsze mają po kilka dni. Wiele dzieci zostało podrzuconych pod drzwiami sierocińca. Te troszkę większe, trzy-, cztero-latki od razu tulą się do Grześka, łapą go za ręce i krzyczą „papa, papa”. Na co dzień pod opieką samych kobiet są wyraźnie spragnione ojca. To tak przejmujący widok i tak nieoczekiwana demonstracja uczuć, że z trudem powstrzymujemy łzy, a w gardłach rośnie nam gula. Siostry opowiadają nam wiele niesamowitych historii. Są bardzo dumne – i słusznie – ze swego dzieła. Mówią, że w poprzednim sierocińcu po dzieciach biegały szczury. Teraz są czyściutkie pokoje, sale do odrabiania lekcji, regularne posiłki, opieka lekarza i dentysty, a mały mikrobus wozi je do szkoły. Jedyne czego im brakuje to, bagatela, miłości rodziców.

Po ponad półtoramiesięcznym pobycie czule żegnamy się z Julią i jej rodziną, aby przenieść się w następne miejsce na naszym szlaku…

4 komentarze:

anna pisze...

Czesc Kochani, probuje do Was dzwonic na komorke z Tarihy, ale chyba znowu zmieniliscie numer? Chetnie bym pogadala, dajcie znac jak zadzwonic... U nas wszystko w porzo. Ania

Ewa pisze...

hej BIG! Pięknie opisujecie Wasze przygody, sledze od jakiegoś czasu Waszą podróż i bardzo mnie wciągnęła. Nie mówię juz o cudnych zdjęciach, których zapewne tylko kwintesensję i to wybitną pokazujecie na blogu. Niedawno byłam własnie tam gdzie teraz jestescie, Boliwia,Peru.....ale z cyklu "speed po Ameryce Pd" - 1 miesiac urlopu :) dlatego fajnie teraz uzupełnić brakujące miejsca.....czekam z niecierpliwością na Wasze Machu Picchu i Peruwiańskie opowieści :) pozdrawiam gorąco z już kwitnącego Wrocławia. Ewa Bieniek

Basia pisze...

Hej Ewa,
Cieszymy sie, ze czytujesz naszego bloga i z nami podrozujesz. Dzieki za mile slowa.
Do Machu Picchu niestety tym razem sie nie wybieramy, gdyz bylismy tam podczas naszego poprzedniego pobytu w Ameryce Poludniowej.Mamy jednak nadzieje, ze nasza terazniejsza trasa Cie nie rozczaruje :)
Pozdrawiamy goraco
BiG

Basia pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.