piątek, 23 października 2009

Dni 145, 147, 149 - Delhi

Ostatnie nasze dni w Indiach spędzamy w stolicy - Delhi. Chłoniemy atmosferę tego wielokulturowego miasta, w którym mieszają się wpływy hinduskie z muzułmańskimi, sikhijskimi i wieloma innymi, jako że ściągają tu za chlebem ludzie z całych Indii, Nepalu i innych krajów regionu. Ściągają tu także masy przeróżnych zachodnich turystów, krótkoterminowych jak my, średnioterminowych - paromiesięcznych - próbujących poznać Indie, a także długoterminowych, dla których Indie to sposób na życie (tych najbardziej podziwiamy, my już nie możemy się doczekać Japonii...).

Ulice w Starym Delhi:




W meczecie Jama Masjid, największym w całych Indiach:


Jantar Mantar, czyli gigantyczny instrument astronomiczno-astrologiczny z pierwszej poł. XVIII w.:



Gurudwara Bangla Sahib, świątynia Sikhów:



Najcieplej będziemy wspominać fantastyczne przysmaki lokalnej kuchni:

czwartek, 22 października 2009

Dzień 148 - Chandigarh, czyli co ma Le Corbusier do hinduskiej biurokracji



Chandigarh to miasto z wielu wzgledow nietypowe. Jeszcze 60 lat temu nie bylo tu nic ponad wiatr hulajacy "kedy chce" po plaskim jak patelnia, pylistym stepie. Dzis ma 1.3 miliona mieszkancow (albo, jak tu w Indiach mowia - 13 crore; jeden crore to 100.000) i szczyci sie najwyzsza stopa zyciowa w calych Indiach. I rzeczywiscie, po "sredniowiecznym", zasranym, zasmieconym i cuchnacym chaosie Indii ktore do tej pory widzielismy, Chandigarh jawi sie jako oaza nowoczesnosci, ze swymi szerokimi, obsadzonymi drzewami alejami, zadbanymi parkami i logicznie rozplanowana zabudowa. Dla nas jest szczegolnie interesujace ze wzgledu na Le Corbusiera. Ten najslynniejszy architekt modernizmu byl w latach 1950-tych glownym projektantem miasta oraz architektem jego najbardziej prominentnych obiektow na tzw. Kapitolu, m.in. sadu najwyzszego i tzw. sekretariatu. Chandigarh powstal jako modelowe miasto nowych niepodleglych Indii, stolica dwoch regionow - Haryana i Punjab, w miejsce Lahore, wlaczonego do Pakistanu.

Aby obejrzec powyzsze obiekty musimy dopelnic wymagan procedury - udajemy sie do informacji turystycznej i dostajemy list "polecajacy". Nastepuje sekwencja - siadac, paszporty, dane i adresy wpisac do wielkiej ksiegi, podpis w dwoch miejscach, pytania o potomstwo a raczej jego brak - co zajmuje pol godziny . Z listem w garsci idziemy do sekretariatu...



...i oto przezywamy najdziwniejsze w zyciu bliskie spotkania z biurokracja. Najpierw pokazujemy nasz list uzbrojonym straznikom na bramie, ktorzy kieruja nas do kanciapy swego komendanta, Sikha w turbanie, gdzie nastepuje znajoma sekwencja: siadac, paszporty, dane i adresy wpisac do wielkiej ksiegi, podpis w dwoch miejscach, pytania o potomstwo a raczej jego brak. Rezultatem jest list-przepustka, z ktorym idziemy juz do srodka budynku (rentgen i obszukiwania toreb na wejsciu), i pod eskorta jestesmy prowadzeni do pokoiku szefa strazy. I znow sekwencja: siadac, paszporty, dane i adresy wpisac do wielkiej ksiegi, podpis w dwoch miejscach, pytania o potomstwo a raczej jego brak. Dodatkowo oddajemy w depozyt wszelkie ostre przedmioty i telefony komorkowe. Szef strazy przyzywa zolnierza z kalasznikowem...



...i zostajemy odeskortowani na szoste pietro, aby jeszcze jeden raz przejsc sekwencje: siadac, paszporty, dane i adresy wpisac do wielkiej ksiegi, podpis w dwoch miejscach, pytania o potomstwo a raczej jego brak. Ostatecznie, po dwoch godzinach zmagan (dobre cwiczenie charakteru), zolnierz prowadzi nas na dach, z ktorego ogladamy okolice i robimy kilka zdjec. Mniej wiecej po trzech minutach... zwiedzanie sekretariatu zakonczone!


budynek zgromadzenia:


sad najwyzszy:

wtorek, 20 października 2009

Dzien 146 - Agra, czyli historia Taj Mahal wedlug BiG








Pewien sultan mial zone, ktora mu wydala na swiat czternascioro dzieci (!). Przy porodzie ostatniego niestety zmarla. Wtedy to pograzony w bolu sultan postanowil wybudowac na jej czesc najpiekniejsza, najdrozsza, najwieksza budowle jaka mogl sobie wyobrazic. Sprowadzil marmur z Rajastanu, najlepszych robotnikow z Persji. Pracowali przez siedemnascie lat zanim ukonczyli swoje dzielo.

Potem jeszcze chcial wybudowac drugi palac - tym razem z czarnego marmuru. Wtedy do akcji wkroczyl jego syn, ktory rozumial ze mamusia nie potrzebuje nastepnego pomnika, a ponadto w obliczu straszliwej biedy w kraju, pieniadze moznaby nieco lepiej spozytkowac. Gdy mimo argumentow syna, ojciec nie zaprzestawal planowania kolejnego palacu, praktycznie myslacy syn uwiezil starego. Byl przy tym na tyle litosciwy, ze dal mu cele w forcie z widokiem na bialy palac. Od tej pory ojciec mogl sobie podziwiac biale cudo i marzyc o takim samym tylko czarnym. Patrzymy z fortu w kierunku bialego kolosa i tak sobie myslimy, ze fajowsko by bylo, jakby po drugiej stronie rzeki jednak stal jego czarny negatyw :-)

niedziela, 18 października 2009

Dni 140-144 - Varanasi

Varanasi, zwane tez Benaresem, to dla Hindusow swiete miasto. Pieknie polozone nad rzeka Ganges, codziennie sciaga tysiace pielgrzymow, ktorzy poprzez oczyszczajaca kapiel w swietej rzece pozbywaja sie wszelkich grzechow. Magiczne sa zwlaszcza poranki, kiedy wschodzace slonce lagodnie oswietla ghaty - monumentalne schody uzywane do codziennych oblucji, oraz skupionych na obrzedach kapieli pielgrzymow.









Kapie sie kto zyw: matki zanurzaja dzieci, staruszkowie podtrzymuja sie nawzajem, chorzy licza na uzdrowienie, narzeczeni trzymaja sie za rece. Obok, w tej samej rzece mocza sie bawoly, kobiety piora posciel i ubrania, uliczni sprzedawcy herbaty zaczerpuja swieta wode nic sobie nie robiac z przeplywajacej obok, napuchnietej, zdechlej swini, ani z pobliskich rur kanalizacyjnych wyprowadzonych do rzeki.






Na schodach ghatow walesaja sie bezpanskie psy, przechadzaja swiete krowy, skacza kozy i sraja ludzie. Fetor krowich i ludzkich odchodow jest nie do zniesienia.

Krowie placki sa starannie formowane w okragle placki i po wysuszeniu na sloncu posluza jako opal:


...ludzkie nie znajduja amatorow:


Ghaty sluza rowniez jako miejsce kremacji zmarlych. Zawiniete w biale lub zlotozolte przescieradla ciala zamacza sie najpierw w swietej rzece aby ostatecznie obmyc z grzechow, a potem uklada na stosach drewna nabytego na wage w pobliskim skladzie. Kremacji dokonuje sie codziennie, publicznie, bez specjalnego patosu. Wiele cial plonie jednoczesnie obok siebie obnazajac rozne stopnie spopielenia, obok wsrod swadu spopielanych cial toczy sie normalne zycie. Czasem niesforne ramie lub glowa wymkna sie plomieniom i sa kijem przywolywane do porzadku. Prochy oczywiscie oddaje sie swietej rzece Ganges, ktora zamienia sie w bezposrednim poblizu w czarno-szara popiolowa maz. Jednak nie wszystkie ciala mozna skremowac. Ciala ciezarnych kobiet, dzieci, nieszczesnikow zmarlych od ukaszenia kobry oraz mistykow wrzuca sie bezposrednio do rzeki. Zawija sie je wprawdzie w przescieradla, zwiazuje i obciaza kamieniami aby od razu poszly na dno, ale po paru tygodniach sznury potrafia sie poluzowac i opuchniete ciala wyplywaja na powierzchnie i czesto sa wyrzucane przez rzeke na przeciwleglym, wschodnim brzegu, gdzie obrzedow dokanczaja stada wron. Obserwujemy je z daleka, krazace nad brzegiem, ale na poplyniecie tam lodka sie nie decydujemy.

wtorek, 13 października 2009

Dni 127-128 i 137-139 - Nepal

Katmandu to mekka dla wszelkiej masci amatorow gorskich przygod. Zrozumiale wiec, ze sklep na sklepie wszedzie pelno tu sprzetu turystycznego. Ciekawe sa nepalskie zabiegi marketingowe - probujemy kupic Grzesiowi koszule. Cena wywolawcza - 1500 rupii - szybko spada na 1000, a gdy mimo to odmawiamy pan z usmiechem wrecza nam koszule w prezencie. Mowi, ze jest bardzo szczesliwy wewnetrznie i pragnie, by wszyscy rowniez byli szczesliwi tak samo jak on. Oniemiali, nalegamy by przyjal od nas symbolicznie choc 500 rupii, (co potem wydaje sie nam i tak niezla cena). Nie chce, ale go przekonujemy (ciekawe odwrocenie rol) :-)

Oprocz dosc nieciekawej, turystyczno-knajpianej dzielnicy Thamel, Katmandu ma pelne uroku waskie uliczki pelne malenkich warsztatow, sklepikow, ulicznych targow i swiatyn. Zewszad dobiega intensywna won przypraw, kadzidelek, zapach przygotowywanych na ulicy potraw. Niewiarygodne sa kolory sprzedawanych wszedzie barwnikow, noszonych przez kobiety sari, straganow z owocami, wymalowanych twarzy Sadhu - mistykow/ascetow.




niedziela, 11 października 2009

Dni 128-137 - Nepal. Himalaje: spacer po "dachu swiata"

Po krotkiej i wypelnionej sprawami organizacyjnymi wizycie w Katmandu przemieszczamy sie do miasteczka Pokhara. Jest to baza, z ktorej wszyscy wyruszaja na "podboj" Annapurny. Tak jak wszyscy, i my wybieramy sie na "trekking" (ale to slowo robi kariere, za tzw. naszych czasow "chodzilo sie po gorach"). Wbrew temu, do czego przedstawiciele przemyslu turystycznego usiluja wszystkich naklonic, nie decydujemy sie zatrudnic ani przewodnika, ani tragarza. Jak wkrotce sie przekonamy, jestesmy w swej decyzji mocno osamotnieni, bowiem standardowym widokiem na szlaku jest maly Nepalczyk dzwigajacy plecak/plecaki, niejednokrotnie wazace wiecej niz on sam (Bog raczy wiedziec, co mozna wziac na kilka dni w gory aby zapelnic osiemdziesieciolitrowy plecak), na nogach gumowe klapeczki badz stare tenisowki; nieopodal kroczy wielki, "dobrze odkarmiony" zachodni turysta z malym plecaczkiem i aparatem fotograficznym na szyi; jego nadejscie juz z daleka zdradza szczek kijow trekkingowych, obowiazkowo uzywa ich zawsze, nawet idac po najlatwiejszych rownych odcinkach.

My staromodnie ladujemy wlasne plecaki na wlasne plecy i ruszamy w droge z mapa w dloni. W koncu nie przyjechalismy tu w charakterze turystow tylko podroznikow, no i nade wszystko cenimy nasza niezaleznosc.

***

Celem wycieczki jest tzw. ABC (Annapurna Base Camp), polozona na wys. 4130m dawna baza wypadowa ekspedycji idacych na glowny szczyt (Annapurna I) od strony pld. Spacer nie prezentuje wiekszych trudnosci technicznych, cale przejscie zajmuje od 7 do 10 dni, jedynie meczace sa duze roznice wysokosci, gdy przechodzi sie przez kolejne grzbiety i doliny. Po drodze wioski, w ktorych latwo o skromny nocleg i wyzywienie. Dopiero na samym koncu, juz przy ABC, krajobraz zmienia sie z lesnego w prawdziwie alpejski, a scislej himalajski.

Dzien 1 (Lumle-Landruk) nie wrozy za dobrze. Jest bardzo slisko. Porosniete mchami kamienie, dodatkowo zmoczone deszczem, nie maja zadnej przyczepnosci - oboje zaliczamy po wywrotce konczacej sie bardzo bolesnym stluczeniem przedramienia, a Basie dodatkowo atakuja pijawki, ktorych jest tu wiecej niz w malezyjskiej dzungli.

Dzien 2 (Landruk-Chomrong) -
swit wita nas przebijajacymi sie przez zaledwie kilka minut przez luki w chmurach fragmentami osniezonych szczytow, ale zaraz wszystko przeslaniaja ciemne deszczowe chmury. Nasz gospodarz zarzeka sie, ze za ta stalowa zaslona czaja sie nasze upragnione osniezone szczyty. Wciaz jeszcze w to wierzymy.



Dzien 3 (Chomrong-Himalaya) - malo obfitujacy w przezycia; przez wieksza jego czesc mokniemy i wyczyniajac akrobacje najwyzszej proby usilujemy przechodzic sucha stopa przez coraz bardziej wezbrane potoki. Nasza wiara w zobaczenie jakichkolwiek osmiotysiecznikow szybko opada.


Dzien 4 (Himalaya-Deurali) - po ulewnym wieczorze i nocy nastepuje ulewny poranek; mimo to dzielnie ruszamy na szlak, choc spotykamy wielu pokonanych, wracajacych jak niepyszni i opowiadajacych, jak to juz od trzech dni wciaz pada, ze nie ma co marzyc o jakichkolwiek widokach, i ze potoki pozamienialy sie w trudne do przejscia rwace rzeki z woda po pas. Podejrzewajac, ze mieli na mysli po pas jak kucniesz a nie jak stoisz, smialo brniemy dalej. I rzeczywiscie-woda miejscami do pol lydki; mimo naszej zaawansowanej ekwilibrystyki na koniec oboje zaliczamy wtope - w sensie jak najbardziej doslownym - woda w butach, co i tak nie ma juz znaczenia, bo zdazylismy przemoknac do suchej nitki. Na szczescie maja tu taki genialny wynalazek jak podgrzewany stol - pod duzym stolem w jadalni umieszcza sie piecyk z rozzarzonymi weglami, a po obwodzie poprzybijane sa koce az do ziemi, coby cieplo (i smrod skarpet) nie uciekalo.


Przestajemy wierzyc w te Himalaje, wciaz jeszcze ich nie widzielismy. Nadzieje traca nawet nepalscy przewodnicy, slyszymy, ze ta pogoda jest zupelnie nietypowa jak na ta pore roku, bowiem monsun powinien byl sie skonczyc pare tygodni temu. Modlimy sie, by przestalo padac i kladziemy sie spac o zmierzchu.


"czekam na wiatr, co rozgoni..."


Lapiemy sie na tym, ze juz od paru dni chodzimy spac i wstajemy "z kurami", co podyktowane jest brakiem wszelkich rozrywek, ktorych dostarcza nowoczesna cywilizacja (czesto brak pradu).


Dzien 5 (Deurali-ABC).
Stalo sie, wymodlilismy piekna pogode i docieramy przed poludniem do glownego celu - ABC. Zapiera nam dech w piersiach, po pierwsze ze wzgledu na rzadsze powietrze, a po drugie dlatego:























Dzien 6 (ABC-Sinuwa). Delektujemy sie widokami o wschodzie slonca, po czym ruszamy w droge powrotna. Po 9-ciu godzinach marszu i 1800 metrach zejscia mamy nogi jak z galarety.

Dzien 7 (Sinuwa-Ghandruk). Gora-dol po pareset metrow razy dwa i znow ledwo zywi. Ghandruk okazuje sie byc najcudowniejsza tradycyjna nepalska wioska, jaka jestesmy sobie w stanie wyobrazic. Ludnosc miejscowa nalezy do mniejszosci etnicznej Gurung.





Dzien 8 (Ghandruk-Pokhara). Powrot do cywilizacji w sposob wzglednie niecywilizowany - na dachu autobusu "Tata":


Pierwsza rzecz po powrocie - gnamy na kurczaczka - wspaniale smakuje po 8-dniowym przymusowym wegetarianizmie!