Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bangkok. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bangkok. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 27 września 2009
Dni 121-123 - Tajlandia
Ostatnie dni w Bangkoku uplywaja nam leniwie, odwiedzamy farme wezy i odkrywamy nocny widok miasta z 59-tego pietra...
Labels:
Bangkok
środa, 1 lipca 2009
Dzien 34 - Tajlandia/Kambodza
Bangkoku mamy juz serdecznie dosc wiec nie ma co, tylko pchamy sie dalej - kurs Cambodia. Pomni przestrog o wywindowanych cenach za przejazd autobusem, robimy dosc gruntowne rozeznanie, ale najnizsza cena jaka udaje sie nam uzyskac to 850 bahtow za osobe. Hmm - mafia opanowala nawet oficjalna informacje turystyczna. Postanawiamy jechac pociagiem za 48 bahtow od osoby - o nie, nie damy tym naciagaczom zarobic!
O 5 rano (przesliczny swit) stawiamy sie na dworcu i kupujemy dwa bilety klasy trzeciej!!! (tylko taka istnieje). Udaje nam sie usiasc w przedziale, ktorego polowa to chyba pozostalosc klasy pierwszej - kilka wygodnych wielkich foteli. Pozostala czesc siedzen to drewniane lawki. Jedziemy tak sobie spokojnie wsrod pol ryzowych, plantacji bananow, podmoklych poletek lotosu i malych wiosek. Wszystkie okna pociagu sa na stale otwarte dla wentylacji... no i dlatego ze nie da sie ich zamknac tak wiec troche urywa nam glowy, ale to i tak lepsze niz upal, do ktorego ciagle nie do konca przywyklismy (no i latwo robic zdjecia).




Delektujemy sie kazda chwila tej na razie latwej podrozy, bo wiemy co nas dalej czeka. Jestesmy nastawieni na najgorsze. Droga z Poipet (na tajskiej granicy) do odleglego o ok. 100 km Siem Reap, naszego dzisiejszego celu, ma bardzo zla slawe - slynie z dziur i blota. A deszcz troche popaduje... Oj, nasluchalismy sie ostrzezen! To wlasnie tu Sonia z Athula po 26 tys. km przejechanych motorem przez Europe i Azje pozegnali sie z opona (z ktorej wylazly druty); to tu Agnieszka z Robertem utkneli i zostali zagonieni do pchania auta, sami po pas w blocie.
Wreszcie docieramy do koncowej stacji kolei. Stad trzeba podjechac do granicy i - o zgrozo - najlepszym srodkiem transportu wydaje sie byc tuk tuk. Od razu lapanka: "Sir, madam! Tuk tuk?? Tuk tuk? Tuk tuk?? Tuk tuk? Tuk tuk?? Tuk tuk?........ Od jakiegos czasu chcemy sobie sprawic koszulki z napisem "NO TUK TUK, NO TAXI", ale tu to by sie bardziej przydala taka z "Fuck Off". Wreszcie "zatuktukowuja" nas na smierc i po krotkich negocjacjach o cene tuktukamy do granicy. Tu w miare gladko. Nasza e-visa (Thumbs up for Cambodia !!!) o dziwo dziala i po odstaniu swojego w kolejce wreszcie mozemy przekroczyc granice. Wszystko to trwa wieki, bo pan na granicy ma do wszystkiego inna pieczatke. Pierwszy - ciach! Lipca - ciach! 200 - ciach! 9 - ciach! prawo wjazdu - ciach! przybija nam chyba z pietnascie pieczatek! Ciach! Ciach! Ciach! Ciach! Ciach! Ciach! Ciach! Ciaaaaaach! To samo drugi raz na wizie!
Juz w kolejce "opiekuja"sie nami jacys nadzwyczaj mili urzednicy. A to podaja dlugopis, a to zagaduja, a to pare wskazowek jak wypelnic formularz o stanie zdrowia... Mierza nam temperature. Staram sie nie myslec w ilu uszach ten termometr sie juz zaglebial, zasadach higieny i tym podobnych blahostkach... Juz mielismy termometry w uszach w Malezji, w Tajlandii, przezyjemy i kambodzanskie. A swoja droga to one zawsze pokazuja inne temperatury po roznych stronach granicy...
Gdy tylko przechodzimy na druga strone od razu rozpoznajemy naszych kolejkowych "opiekunow" w tlumie tuktukowcow, taksowkarzy i wszelkiego typu naganiaczy. Znowu brakuje nam tej koszulki... :-) Kaza nam czekac na darmowy autobus, ktory ma nas rzekomo dowiezc na przystanek panstwowego autobusu. Juz tu grzecznie czeka caly tlum turystow. Wiedzeni poufnymi informacjami, ktore mamy ze strony internetowej Lonely Planet mowimy, ze nie chcemy zadnego darmowego autobusu, i zdecydowanym krokiem wymijamy to cale zamieszanie. Nasi opiekunowie, wyraznie podenerwowani, machaja cos rekami: "Free bus!", '"Sir, lady, lady", "Free bus!", upieraja sie, ze mamy jechac tym cholernym autobusem z turystami na miejsce przesiadki. My uparcie swoje - maszerujemy jedyna glowna droga wsrod obladowanych do obledu tuk-tukow, ludzkich tragarzy, wozow ciagnionych przez dzieci, kobiet dzwigajacych warzywa, mieso, gory przeroznego towaru. Nasi "opiekunowie" podazaja za nami na motorku. My piechotka, oni na motorze suna obok jakis metr za nami, na wyciagniecie reki. Teraz chca nas wyslac taksowka: "gdzie idziecie? Sir, lady?Taxi $35 - sir, lady, taxi, taxi, $35, taxi, taxi......
Widzimy ze po drugiej stronie ulicy sunie w naszym tepie taksowka, gotowa podjechac na jedno skiniecie tych na motorze. Probujemy ich zgubic - wchodzimy do banku. Wychodzimy - oni na nas czekaja. Suna obok nas i co mniej wiecej 30 sekund wrzeszcza nam do ucha "Taxi $35, taxi, taxi" Taksowka jedzie tuz za nami. Ta zabawa trwa przez jakies dwa kilometry - dwa kilometry zwawego marszu w 40-stopniowym zarze i kurzu. W koncu wybawienie samo przychodzi. Wola nas ktos - to dwojka Francuzow, ktorzy jechali wczesniej z nami pociagiem. Mowia, ze turystyczny autobus, ktorego uniknelismy wywiozl ich paredziesiat metrow dalej, skad nie bylo zadnego innego transportu, tylko jakis dziwny "pseudopanstwowy" autobus za $10 od osoby, wiec tez z tej turystycznej lapanki uciekli. Bierzemy razem taksowke - inna niz ta, co za nami wciaz jedzie - i negocjujemy $5 od osoby; ostatecznie calkiem niezle :).
Taksowka to nie byle jaki zdezelowany rzech, wszystkie taksowki tutaj to Toyoty Camry (OK, 15-20-letnie :-)); klimatyzowane, przynajmniej daja jakies pozory luksusu.
I tu juz koniec tej historii - zadnego "hardcoru" nie ma, bo wlasnie oddali do uzytku nowa, piekna droge - bez wybojow, bez dziur, bez niespodzianek. Monotonie podrozy przerywa tylko poprawianie tasmy klejacej, ktora przytrzymuje szybe, zeby sie nie otwierala...
O 5 rano (przesliczny swit) stawiamy sie na dworcu i kupujemy dwa bilety klasy trzeciej!!! (tylko taka istnieje). Udaje nam sie usiasc w przedziale, ktorego polowa to chyba pozostalosc klasy pierwszej - kilka wygodnych wielkich foteli. Pozostala czesc siedzen to drewniane lawki. Jedziemy tak sobie spokojnie wsrod pol ryzowych, plantacji bananow, podmoklych poletek lotosu i malych wiosek. Wszystkie okna pociagu sa na stale otwarte dla wentylacji... no i dlatego ze nie da sie ich zamknac tak wiec troche urywa nam glowy, ale to i tak lepsze niz upal, do ktorego ciagle nie do konca przywyklismy (no i latwo robic zdjecia).
Delektujemy sie kazda chwila tej na razie latwej podrozy, bo wiemy co nas dalej czeka. Jestesmy nastawieni na najgorsze. Droga z Poipet (na tajskiej granicy) do odleglego o ok. 100 km Siem Reap, naszego dzisiejszego celu, ma bardzo zla slawe - slynie z dziur i blota. A deszcz troche popaduje... Oj, nasluchalismy sie ostrzezen! To wlasnie tu Sonia z Athula po 26 tys. km przejechanych motorem przez Europe i Azje pozegnali sie z opona (z ktorej wylazly druty); to tu Agnieszka z Robertem utkneli i zostali zagonieni do pchania auta, sami po pas w blocie.
Wreszcie docieramy do koncowej stacji kolei. Stad trzeba podjechac do granicy i - o zgrozo - najlepszym srodkiem transportu wydaje sie byc tuk tuk. Od razu lapanka: "Sir, madam! Tuk tuk?? Tuk tuk? Tuk tuk?? Tuk tuk? Tuk tuk?? Tuk tuk?........ Od jakiegos czasu chcemy sobie sprawic koszulki z napisem "NO TUK TUK, NO TAXI", ale tu to by sie bardziej przydala taka z "Fuck Off". Wreszcie "zatuktukowuja" nas na smierc i po krotkich negocjacjach o cene tuktukamy do granicy. Tu w miare gladko. Nasza e-visa (Thumbs up for Cambodia !!!) o dziwo dziala i po odstaniu swojego w kolejce wreszcie mozemy przekroczyc granice. Wszystko to trwa wieki, bo pan na granicy ma do wszystkiego inna pieczatke. Pierwszy - ciach! Lipca - ciach! 200 - ciach! 9 - ciach! prawo wjazdu - ciach! przybija nam chyba z pietnascie pieczatek! Ciach! Ciach! Ciach! Ciach! Ciach! Ciach! Ciach! Ciaaaaaach! To samo drugi raz na wizie!
Juz w kolejce "opiekuja"sie nami jacys nadzwyczaj mili urzednicy. A to podaja dlugopis, a to zagaduja, a to pare wskazowek jak wypelnic formularz o stanie zdrowia... Mierza nam temperature. Staram sie nie myslec w ilu uszach ten termometr sie juz zaglebial, zasadach higieny i tym podobnych blahostkach... Juz mielismy termometry w uszach w Malezji, w Tajlandii, przezyjemy i kambodzanskie. A swoja droga to one zawsze pokazuja inne temperatury po roznych stronach granicy...
Gdy tylko przechodzimy na druga strone od razu rozpoznajemy naszych kolejkowych "opiekunow" w tlumie tuktukowcow, taksowkarzy i wszelkiego typu naganiaczy. Znowu brakuje nam tej koszulki... :-) Kaza nam czekac na darmowy autobus, ktory ma nas rzekomo dowiezc na przystanek panstwowego autobusu. Juz tu grzecznie czeka caly tlum turystow. Wiedzeni poufnymi informacjami, ktore mamy ze strony internetowej Lonely Planet mowimy, ze nie chcemy zadnego darmowego autobusu, i zdecydowanym krokiem wymijamy to cale zamieszanie. Nasi opiekunowie, wyraznie podenerwowani, machaja cos rekami: "Free bus!", '"Sir, lady, lady", "Free bus!", upieraja sie, ze mamy jechac tym cholernym autobusem z turystami na miejsce przesiadki. My uparcie swoje - maszerujemy jedyna glowna droga wsrod obladowanych do obledu tuk-tukow, ludzkich tragarzy, wozow ciagnionych przez dzieci, kobiet dzwigajacych warzywa, mieso, gory przeroznego towaru. Nasi "opiekunowie" podazaja za nami na motorku. My piechotka, oni na motorze suna obok jakis metr za nami, na wyciagniecie reki. Teraz chca nas wyslac taksowka: "gdzie idziecie? Sir, lady?Taxi $35 - sir, lady, taxi, taxi, $35, taxi, taxi......
Widzimy ze po drugiej stronie ulicy sunie w naszym tepie taksowka, gotowa podjechac na jedno skiniecie tych na motorze. Probujemy ich zgubic - wchodzimy do banku. Wychodzimy - oni na nas czekaja. Suna obok nas i co mniej wiecej 30 sekund wrzeszcza nam do ucha "Taxi $35, taxi, taxi" Taksowka jedzie tuz za nami. Ta zabawa trwa przez jakies dwa kilometry - dwa kilometry zwawego marszu w 40-stopniowym zarze i kurzu. W koncu wybawienie samo przychodzi. Wola nas ktos - to dwojka Francuzow, ktorzy jechali wczesniej z nami pociagiem. Mowia, ze turystyczny autobus, ktorego uniknelismy wywiozl ich paredziesiat metrow dalej, skad nie bylo zadnego innego transportu, tylko jakis dziwny "pseudopanstwowy" autobus za $10 od osoby, wiec tez z tej turystycznej lapanki uciekli. Bierzemy razem taksowke - inna niz ta, co za nami wciaz jedzie - i negocjujemy $5 od osoby; ostatecznie calkiem niezle :).
Taksowka to nie byle jaki zdezelowany rzech, wszystkie taksowki tutaj to Toyoty Camry (OK, 15-20-letnie :-)); klimatyzowane, przynajmniej daja jakies pozory luksusu.
I tu juz koniec tej historii - zadnego "hardcoru" nie ma, bo wlasnie oddali do uzytku nowa, piekna droge - bez wybojow, bez dziur, bez niespodzianek. Monotonie podrozy przerywa tylko poprawianie tasmy klejacej, ktora przytrzymuje szybe, zeby sie nie otwierala...
wtorek, 30 czerwca 2009
Dni 25-33 - Tajlandia
Opusciwszy Koh Tao nocnym promem (sala sypialna, elegancja-francja, pietrowe lozka, pelna posciel, choc po pokladzie czasem walesa sie szczur) docieramy wczesnym rankiem do Chumphon, gdzie przesiadamy sie na autobus i bezbolesnie docieramy do Bangkoku wczesnym popoludniem.
Znajdujemy jakis hotel w tzw. backpakerskim sektorze - blisko Khao San Road - tu dociera zdecydowana wiekszosc zachodnich turystow, dlatego tez pelno tu wszelkiej masci naganiaczy, sklepikarzy, taksowkarzy, i oczywiscie takich jak my - zagubionych w tym metliku "bialasow".
Nastepne pare dni jestesmy troche uziemieni - powolne zwiedzanie miasta, zakupy i zalatwianie roznych mniej lub bardziej oficjalnych spraw. Dwa razy zmieniamy hotel, w koncu ladujemy w calkiem przyzwoitym (jak na cene i okolicznosci).
Bangkok nie nalezy do "latwych" miast. Na kazdym kroku opedzamy sie przed cwaniactwem roznego rodzaju skierowanym przeciw turystom. A to taksowkarz chce koniecznie nas zawiezc do zaprzyjaznionej agencji turystycznej (za prowizje), a to ktos na ulicy podchodzi i mowi, zebysmy nie szli zwiedzac palacu bo "wlasnie" dzis jest nieczynny - powinnismy pojechac z jego kolega tuk-tukiem do sklepu z garniturami albo bizuteria, bo "wlasnie" dzis ostatni dzien promocji na tego typu zakupy.... kreatywnosc tego rodzaju typkow jest niesamowita. I sa tu doslownie na kazdym kroku. Jestesmy tym wszystkim zmeczeni...
Odwiedzamy poczte. Wszyscy pochlonieci bez pamieci jakims serialem, ledwie jeden urzednik przemogl sie i do nas podchodzi.
Na ulicach masa straganow, a kazdy serwuje jakies jedzonko. Upal nie daje zyc, nawet mimo dosyc czestych burz. 12 milionow mieszkancow, gaszcz betonowych wiaduktow, estakad, przewaznie wszystko co mozna wypycha sie ponad poziom terenu. Rzadziej wkopuje pod ziemie, choc jest jedna linia podziemnej kolejki.




Podobno Bangkok, tak jak Wenecja, zapada sie w jakims zawrotnym tempie pod ziemie... teren podmokly, czesciowo depresyjny. Az dziw bierze, ze malo tu wszelkiego robactwa - karaluchow, komarow itd. (malo to nie znaczy ze w ogole nie ma :-)).






Znajdujemy jakis hotel w tzw. backpakerskim sektorze - blisko Khao San Road - tu dociera zdecydowana wiekszosc zachodnich turystow, dlatego tez pelno tu wszelkiej masci naganiaczy, sklepikarzy, taksowkarzy, i oczywiscie takich jak my - zagubionych w tym metliku "bialasow".
Nastepne pare dni jestesmy troche uziemieni - powolne zwiedzanie miasta, zakupy i zalatwianie roznych mniej lub bardziej oficjalnych spraw. Dwa razy zmieniamy hotel, w koncu ladujemy w calkiem przyzwoitym (jak na cene i okolicznosci).
Bangkok nie nalezy do "latwych" miast. Na kazdym kroku opedzamy sie przed cwaniactwem roznego rodzaju skierowanym przeciw turystom. A to taksowkarz chce koniecznie nas zawiezc do zaprzyjaznionej agencji turystycznej (za prowizje), a to ktos na ulicy podchodzi i mowi, zebysmy nie szli zwiedzac palacu bo "wlasnie" dzis jest nieczynny - powinnismy pojechac z jego kolega tuk-tukiem do sklepu z garniturami albo bizuteria, bo "wlasnie" dzis ostatni dzien promocji na tego typu zakupy.... kreatywnosc tego rodzaju typkow jest niesamowita. I sa tu doslownie na kazdym kroku. Jestesmy tym wszystkim zmeczeni...
Odwiedzamy poczte. Wszyscy pochlonieci bez pamieci jakims serialem, ledwie jeden urzednik przemogl sie i do nas podchodzi.
Na ulicach masa straganow, a kazdy serwuje jakies jedzonko. Upal nie daje zyc, nawet mimo dosyc czestych burz. 12 milionow mieszkancow, gaszcz betonowych wiaduktow, estakad, przewaznie wszystko co mozna wypycha sie ponad poziom terenu. Rzadziej wkopuje pod ziemie, choc jest jedna linia podziemnej kolejki.
Podobno Bangkok, tak jak Wenecja, zapada sie w jakims zawrotnym tempie pod ziemie... teren podmokly, czesciowo depresyjny. Az dziw bierze, ze malo tu wszelkiego robactwa - karaluchow, komarow itd. (malo to nie znaczy ze w ogole nie ma :-)).
Labels:
Bangkok
Subskrybuj:
Posty (Atom)