Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kangding. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kangding. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 lipca 2009

Dzien 56 - Chiny

Z Kangding wyruszamy autobusem o 7 rano do Leshan, ktore slynie z olbrzymiego, wykutego w skale posagu buddy. Dzis, pierwszy raz podczas naszego pobytu w Chinach pada deszcz. Lalo cala noc i nie zapowiada sie, ze szybko przestanie. Jedziemy kreta, gorska droga, ktora w wielu miejscach jest bardzo powaznie uszkodzona - pewnie na skutek ogromnego trzesienia ziemi, jakiejs nawiedzilo prowincje Sichuan w 2008 roku. Zniszczenia widac na kazdym kroku, wszedzie wielkie place budowy. Liczba ofiar jest wprost niewyobrazalna - zginelo ponad 60 tysiecy ludzi. Mijamy wielkie grupy robotnikow, ktorzy nawet nie maja porzadnych butow, co tu marzyc o jakimkolwiek sprzecie. Na plecach dzwigaja ogromne bambusowe kosze pelne kamieni, brudni, spaleni sloncem, pracuja w kurzu, w upale siegajacym trzydziesci kilka stopni. Ale sila tkwi w ilosci, sa ich setki - w tym kraju brakuje wielu rzeczy, ale nie rak do pracy.

Po mniej wiecej trzech godzinach jazdy autobus nagle staje w olbrzymim korku. Idziemy zobaczyc co sie stalo - jakies trzy kilometry dalej, na skutek ulewnych deszczy, osunela sie droga. Byly tez osuniecia skal - jeden z samochodow ma ogromne wgniecenie na dachu i zbita tylna szybe. Nie wyglada to obiecujaco. Dla setek kierowcow samochodow, ciezarowek, autokarow to chyba nie pierwszyzna - w ruch poszly karty, szachy, niektorzy spia w szoferkach albo na skraju drogi. Okoliczni wiesniacy juz oczywiscie zwietrzyli interes i jak spod ziemi wyrosli sprzedawcy zupy. wody. gotowanej kukurydzy. Targaja nielkie gary pelne jedzenia, termosy z wrzatkiem, owoce. Powietrze wypelnia znajomy zapach zupek (ten zapach wita nas kazdego dnia rano, gdziekolwiek jestesmy  i snuje sie za nami do poznego wieczora). Chinczycy rzucaja smieci tam gdzie stoja, tak wiec w krotkim czasie droga przykryta jest niewyobrazalna warstwa odpadkow. Pobocza staja sie publicznym kiblem.

Droga w miejscu oberwania ma moze dwa metry szerokosci ocalalego asfaltu.  Szacujemy, ze pewnie juz dzis nigdzie nie pojedziemy, choc slyszelismy pogloske, ze za trzy godziny bedzie gotowe. Zrezygnowani wracamy do autobusu, gawedzimy troche z napotkanym Australijczykiem, ktory tez przyjechal tu tylko na zacmienie slonca, piszemy troche bloga. Po trzech godzinach nagle poruszenie, wszystko rusza jakby nigdy nic ze znajomym trabieniem - jedziemy. Po raz kolejny zadziwia nas chinska skutecznosc. W Polsce pewnie zamkneliby droge na pare tygodni i tyle.

Ostatecznie po dodatkowych dwoch czy trzech korkach docieramy do Leshan na 11.30 w nocy. Tyle jesli chodzi o swietowanie Grzesia urodzin!

środa, 22 lipca 2009

Dzien 55 - Chiny

Aby do lotniska dojechac trzeba wynajac taksowke z kierowca-szalonym Tybetanczykiem i przezyc mrozace krew w zylach 1,5 godziny 40-kilometrowej drogi wzdluz syczuansko-tybetanskiej magistrali, z innymi szalencami pedzacymi ciezarowkami na czolowke, robiacymi unik w ostatniej chwili. Natezenie halasu nie do zniesienia-klakson czesciej jest w uzyciu niz wylaczony, w zasadzie lepiej gdyby przycisk mial dzialanie odwrotne-wciskasz w tych rzadkich chwilach jak chcesz przestac trabic. Decydujemy sie ta podroz przezyc (i jeszcze za nia slono zaplacic) nie dla adrenaliny, ani nie po to bynajmniej, aby zobaczyc drugie najwyzej polozone lotnisko swiata. Dzisiaj rano bedzie calkowite zacmienie slonca! Nasze kalkulacje wskazuja, ze im wyzej tym wieksze szanse, ze spektaklu nie zepsuje wszechogarniajaca, wszech-chinska mgla.

Nasz kierowca, z reka obolala od ciaglego wduszania klaksonu (i gardlem pewnie tez, od ciaglego charkania przez okno), dowozi nas w koncu na przelecz polozona na wysokosci 4300m n.p.m.. Jestesmy w bardzo podnioslym, wrecz ekstatycznym nastroju. Mgly zostaly gleboko w dole a nad nami przeziera blekit poranny. Coz za rozczarowanie nas czeka niebawem! Im glebiej Ksiezyc wgryza sie w sloneczna tarcze, tym ciemniejsze chmury klebia sie nad glowami (ciekawe swoja droga co na ten temat maja do powiedzenia meteorolodzy-stosunkowo nagly brak doplywu promieni slonecznych, oziebienie, kumulacja pary wodnej?). Pomimo ze w koncu zachmurzenie osiaga 100%, i tak przezycie to nie z tej ziemi. Roznica w jasnosci miedzy chwila, gdy jeszcze pojedyncze promienie trafiaja do nas, a chwila pare sekund pozniej, jak rozpoczyna sie faza calkowita, jest drastyczna, jakby ktos uzyl wylacznika ze sciemniaczem. Oczy nie sa w stanie przyzwyczaic sie tak nagle do ciemnosci, wiec przez chwile nic nie widzimy.

W drodze powrotnej ogladamy lotnisko i lagodne i puste rowniny tybetanskie, ze stadami jakow i ich pasterzami. Chcemy tez sie zatrzymac przy jeziorze Mugacuo, ale jak to bywa w dzisiejszych kapitalistycznych Chinach, kaza sobie bardzo slono placic za wstep (rzedu 100zl za osobe), wiec odwracamy sie na piecie i jedziemy dalej. Byc moze dla turysty na dwutygodniowych dorocznych wakacjach taki wydatek wydalby sie sensowny. My wiemy, ze czeka nas jeszcze prawie rok podrozy i wiele, wiele innych, rownie pieknych a znacznie tanszych jezior na naszej drodze :-)

Refleksja osobista: nie pracujemy juz od 3 (G)/6 (B) miesiecy, a podrozujemy juz od 2. Pomimo ze nie brakuje nam zajec i ze nie mozna naszej podrozy nazwac wakacjami w sensie stricte, nareszcie czujemy, ze naprawde zyjemy! Ciagle uczymy sie jak najsensowniej wykorzystac nasz czas, jak uniknac przemeczenia wynikajacego z przeladowania wrazeniami, jak efektywnie wydawac (lub nie) pieniadze, a jednak zobaczyc to, co warto zobaczyc. Chiny nam uswiadomily, ze nie ma co sie nastawiac, ze zwiedzimy maksymalnie tyle, ile sie da, lepiej wybrac sobie kilka najciekawszych miejsc czy zajec a z pominieciem reszty jak najszybciej sie pogodzic. Rok czasu to stanowczo za malo, by objechac swiat doglebnie go zwiedzajac.

wtorek, 21 lipca 2009

Dzien 54 - Chiny

Spacer po gorach, w dole miasteczko Kangding na wys. 2700m n.p.m., my na jakichs 3100. Troche brakuje tchu idac pod gore, ale to chyba pierwszy dzien ze normalnie oddychamy i ogolnie da sie zyc; od tygodni juz mielismy klimat tropikalny i subtropikalny, z reguly nie do zniesienia bez wizyty od czasu do czasu w klimatyzowanym barze lub sklepie.

Wracamy spacerem przez Kangding, miasteczko zamieszkane przez ludnosc mieszana. Wiekszosc stanowia Han (etniczni Chinczycy), ale sporo tu tez Tybetanczykow, jako ze region ten jest na pograniczu Syczuanu z Tybetem (choc do Tybetu wlasciwego jest jeszcze pareset kilometrow). Jedyna glowna droga to czesc syczuansko-tybetanskiej magistrali laczacej Chiny z Tybetem. Miejscami jest w calkiem oplakanym stanie. W hotelu mowia nam, ze zniszczenia to efekt niekonczacych sie konwojow wojska wysylanych w Tybet od zeszlego roku, gdy byla tam napieta sytuacja polityczna. Rowniez w zwiazku z tym Kangding dorobil sie portu lotniczego, podobno drugiego na swiecie co do wysokosci - 4280m n.p.m., pas startowy ma dlugosc 4km! (ze wzgledu na rozrzedzone powietrze). Sluzy on przede wszystkim jako lotnisko wojskowe, nie cywilne, cokolwiek by nie mowily tryumfalne artykuly prasowe z czasow jego budowy i otwarcia.

Sciezka zdrowia/silownia w parku nie do pobicia!