Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Taman Negara. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Taman Negara. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 czerwca 2009

Dzien 10 - Malezja

Ostatni dzien w Taman Negara. Pada od rana. Jeszcze skrupulatniej niz dotychczas naciagamy spodnie na buty w ramach naszej akcji przeciw pijawkom (wczoraj "tylko" dwie sie przyssaly).
Po krotkim marszu dochodzimy do przystani. Lodka nas zabiera w strone wyjscia z parku narodowego. Po drodze jeszcze przystanek przy wiosce ludu Orang Asli. Sa to autochtoni, w odroznieniu od Malajow, Chinczykow czy Hindusow, grup etnicznych najliczniejszych w Malezji. Wygladem pasuja na Afrykanczykow z Nigerii czy Konga-skora mocno czarna, wlosy-loczki. Podobno sa jakos spokrewnieni z Papuasami z Nowej Gwinei. Wioska nie robi na nas szczegolnego wrazenia, najciekawsze sa strzelanie strzalami z dmuchawki uzywanej przez "dzikich" mysliwych i pokaz rozniecania ognia przez pocieranie drewienek.

Powrot do Kuala Tahan, dluga wizyta pod prysznicem bo cuchniemy nieprzecietnie. Napawamy sie powrotem do cywilizacji-kupujemy Cole :-)

Nawet zzylismy sie z naszymi kompanami. Xavi i Virginie juz wczoraj sie pozegnali. Brian, Sharif i Jaime oraz Szkot Martin jada z nami do odleglego o 50km Jerantut. Stamtad planujemy jechac pociagiem w kierunku na pln.-wsch. Nasz cel-wyspy Perhentian, o ktorych duzo dobrego juz slyszelismy. Pociag ma byc dopiero o 2-giej w nocy.

W Jerantut mowia nam, ze nie mamy szans-wszystkie bilety wykupione na nastepne 3 dni (w Malezji trwaja wlasnie szkolne wakacje). Decydujemy sie probowac jechac autobusem. Niestety poznym popoludniem jedyne co mozemy zrobic to jechac do Temerloh, w zupelnie przeciwnym kierunku, i tam lapac autobus do Kota Bahru. Tak tez robimy zostawiajac bez pozegnania reszte grupy ktora gdzies sie ulotnila w tzw. miedzyczasie.

W Temerloh podobna gadka-wakacje, biletow brak na nastepne dwa dni. Jakos resztka szczescia dostajemy sie do Kuantan. Myslimy o noclegu, jednak decydujemy sie przec dalej-o 2-giej w nocy wsiadamy do autobusu jadacego do Kuala Terengganu, kolejne 200km w strone wysp...

sobota, 6 czerwca 2009

Dzien 9 - Malezja

O 6-tej rano budzi mnie Basia-jestesmy spowici w egipskich ciemnosciach. Otaczaja nas zlowieszcze szemry, takie jak lopot nietoperzych skrzydelek lub przypadkowy bzyk komara. Cala reszta towarzystwa chrapie w najlepsze, ale ja, pomny slow pana przewodnika o roli ogniska w odstraszaniu wszelkich dzikich bestii (czy chocby jadowitych pajakow), zwlekam sie, dokladam drewna i zapalam ostatnia swiece. Mozemy spac dalej.

Szczesliwie budzimy sie w komplecie-nikogo nic nie porwalo ani nie zjadlo. Po sniadaniu pakowanie, sprzatanie i wymarsz. Wczorajszy spacer to ok. 11km, dzis ma byc nie dalej niz 9km, co w warunkach dzungli oznacza bite 4 godziny marszu.

Pierwszy postoj przy nastepnej jaskini. O wiele mniejsza niz ta poprzednia, lecz rownie ciekawa i piekna. Podobno mieszka w niej waz koralowy, jeden z najbardziej jadowitych wezy na swiecie. Oddychamy z ulga gdy okazuje sie, ze dzis waz gdzies wybyl.

Kolejny postoj przy rzece. Jemy obiad i kapiemy sie w fantastycznie relaksujacej, lekko chlodnej wodzie.

Ostateczny cel dzisiejszej wedrowki to tzw. kryjowka, czyli schronisko zbudowane w dzungli. Wznosi sie taka chatka/ambona na slupach ponad krzaki i ma miejsce obserwacyjne, skad widac punkt, do ktorego przychodza noca dzikie zwierzeta aby lizac sol. Jemy kolacje, po czym zapada zmierzch. Wszyscy zasiadamy przy oknie pelni nadziei, ze zobaczymy dzis co najmniej slonia.
Coz, natura okazuje sie byc dla nas powsciagliwa. W nocy zrywa sie wsciekla burza, jedyne zwierzeta ktore udaje sie nam zobaczyc to: szczur, karaluch (oba w siatce z zywnoscia Martina-naszego szkockiego wspollokatora, wylatuje on z lozka jak z procy gdy szczur zaczyna szelescic) oraz zbik albo rys, ktory podobno ma w zwyczaju zachodzic i wyjadac resztki po kolacji.

piątek, 5 czerwca 2009

Dzien 8 - Malezja

Wyruszamy lodzia ok. 9-tej. Piekna sloneczna pogoda - dobrze, ze te ich lodki maja daszki p/slon.
Okolo poludnia wysiadamy na brzegu, pryskamy sie wszelkimi srodkami odstraszajacymi owady, sypiemy do skarpetek sol (wg pana przewodnika ma to powstrzymywac pijawki), uszczelniamy jak mozemy nogawki spodniu, i... w dzungle!

Z poczatku czujemy sie troche tak, jakbysmy sie od nowa uczyli chodzic - kazdy krok jest ostrozny, towarzyszy mu kontrolne spojrzenie - jest pijawka?/pajak?/waz?/jaszczur?/itd. - nie ma tym razem... Po pewnym czasie jednak oswajamy sie (albo meczymy tym uwazaniem) na tyle, ze lapiemy pare pijawek. Przekonujemy sie, ze nie taki diabel straszny... w sumie nic nie boli...

W malezyjskiej dzungli jest troche tak jak w zwyklym polskim lesie lisciastym, z tym ze wszystko tu jest na wielka skale. Roslinnosc jest troche inna-rosnie tu duzo roslin znanych nam z polskich domow jako rosliny ozdobne, jedynie tu maja swoje wlasciwe rozmiary-wielkie drzewa palmowe, fikusowe itd. No i mozna tu spotkac ciekawe zwierzeta, np. iguany-takie duze jaszczurki, niekiedy ponadmetrowej dlugosci, malpy itd. Odglosy owadow, ptakow i nie-do-konca-wiadomo-czego ustawicznie tworza tlo muzyczne. Czasami caly ten szum/jazgot narasta do ogluszajacego poziomu...

Powietrze jest gorace (choc na poziomie czlowieka z reguly panuje gleboki cien), wilgotnosc pow. 90%, wiec dosyc szybko jestesmy zziajani i cali przepoceni do suchej nitki. Martwimy sie widzac jak szybko nikna nasze zapasy wody, mimo ze kazdy ma po 2 poltoralitrowe butle.

Pod wieczor nareszcie widzimy przed soba jakies skaly, wczesniej widoki byly dosyc monotonne (w dzungli nie ma polanek czy jakichs przecinek, wiec widac najdalej na jakies 20 metrow przez gaszcz roslinnosci). W skalach jest jaskinia zwana jaskinia sloni (podobno w porze monsunu tu sie kryja przed deszczem), nasze dzisiejsze miejsce na nocleg. Wysoka miejscami na jakies 30 metrow, ogromna komora o wyjatkowo plaskim dnie-klepisku moglaby spokojnie pomiescic z 200 osob. Nas dzisiaj bedzie ok. 15-tu po tym, jak dolacza do nas druga grupa turystow. Pod sufitem wisza setki nietoperzy, czasami jakis lata wokol glowy.

Mycie sie w rzece, zbieranie drewna na ognisko. Pan przewodnik gotuje pyszne curry z ryzem. Do polnocy sluchamy jego ciekawych opowiesci o dzungli, sloniach, zaginionej i nigdy nieodnalezionej amerykanskiej turystce Molly... Pan przewodnik zapala i zapala swiece po wszystkich katach oraz mowi, ze nigdy nie dopuszcza aby ogien w nocy wygasl. Szybko zapadamy w zasluzony sen.

czwartek, 4 czerwca 2009

Dzien 7 - Malezja

Pobudka wczesnie rano, bo o 9-tej wyplywamy do Kuala Tahan, punktu wypadowego wycieczek do Taman Negara.















Plynie sie prawie trzy godziny po szeroko rozlanej rzece w kolorze kawy z mlekiem, na dlugich waskich lodkach.



W Kuala Tahan namyslamy sie co dalej, gdy podchodzi do nas Brian, Amerykanin, i proponuje bysmy dolaczyli do niego i czterech innych osob (para Holendrow Sharif i Jaime oraz para mieszana-Francuzka Virginie i Hiszpan Xavi), gdyz kompletuja grupe na wspolny wypad do dzungli. Ma to trwac 3 dni. Po chwill burzliwej dyskusji idziemy do pana-szefa agencji turystycznej, ktora to organizuje, bo nie mamy ze soba tyle ringgitow (lokalna waluta), a w wiosce nie ma bankomatu, wiec chcemy sprawdzic, czy przyjmie nasze dolary, te, ktore wozimy na tzw. czarna godzine. Pomimo tego, ze godzina taka czarna nie jest :-), udaje sie nam dopiac transakcje, nawet dostajemy od pana darmowy nocleg! zaprasza nas tez na kolacje ale potem gdzies go wcina i musimy wydobyc nasze ostatnie ringgity...

Nic teraz nas jednak tak nie podnieca, jak mysl o jutrzejszej wyprawie...