Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pulau Perhentian. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pulau Perhentian. Pokaż wszystkie posty
piątek, 12 czerwca 2009
Dzien 15 - Malezja
I znowu idziemy na kajaki z Brianem. On wiosluje sam, my z Basia drugim kajakiem wciaz zostajemy w tyle, tlumaczymy to sobie prawami hydrodynamiki itd. Dajemy tym razem rade oplynac cala wyspe, ale ostatnie kilometry pokonujemy juz po zachodzie slonca. Morze przypomina wielkie lustro, tak spokojny i bezwietrzny jest wieczor.
Labels:
Pulau Perhentian
czwartek, 11 czerwca 2009
Dzien 14 - Malezja
Odpoczywamy, leniuchujemy oraz odprowadzamy Xaviego i Virginie na przystan. Jutro maja lot do Barcelony.
Pozno w noc przedluza sie moja pierwsza w zyciu gra w pokera, ktora niespodziewanie wygrywam! niestety, tym razem gramy tylko na spinacze biurowe, ale juz mi przepowiadaja wielka przyszlosc w Las Vegas ;-). Moja zona nie wytrwala niestety przy moim boku zeby mi kibicowac, bidulke nuza gry karciane.
Pozno w noc przedluza sie moja pierwsza w zyciu gra w pokera, ktora niespodziewanie wygrywam! niestety, tym razem gramy tylko na spinacze biurowe, ale juz mi przepowiadaja wielka przyszlosc w Las Vegas ;-). Moja zona nie wytrwala niestety przy moim boku zeby mi kibicowac, bidulke nuza gry karciane.
Labels:
Pulau Perhentian
środa, 10 czerwca 2009
Dzien 13 - Malezja
Postanawiamy wynajac lodke z przewodnikiem i poplywac w maskach w miejscach, gdzie najlepiej mozna poogladac bogactwo podmorskiego swiata.
Zabiera nas malajski chlopak. Pierwszy punkt to Shark Point, czyli miejsce wystepowania rekinów gatunku Black Tip Shark. Nie sa to wprawdzie ludojady, podobno dorosle mierza "tylko" do 1.8m dlugosci, jednak z pewnym trudem przelamujemy instynktowny opór (pewnie glównie wyrobiony poprzez ogladanie filmów typu "Szczeki") i... wskakujemy do wody.
Rezultaty godzinnego moczenia sie w wodzie z rekinami sa niezbyt spektakularne: dwa male bo zaledwie pólmetrowe rekinki boja sie naszej siedmioosobowej zgrai nieskonczenie bardziej niz my ich, wiec czym predzej czmychaja w sina wodna dal. Za to mnóstwo tu wszelakiego innego rybiego stworzenia o przeróznych fantastycznych kolorach, ksztaltach (i zapewne smakach).
Nastepnie plyniemy do zatoki zólwi, i tu juz mamy wiecej szczescia. Zólwie o srednicy 70-100cm najpierw trzeba wypatrzyc jak siedza na dnie (nie jest to trudne jako ze woda jest krysztalowa, a poludniowe slonce na lazurowym niebie bez trudu dociera do dna znajdujacego sie jakies 5 metrów pod powierzchnia). W momencie gdy ktos zaczyna pokazywac reka i krzyczec "zólw, zólw!", cala zgraja na wyscigi skacze do wody i plynie za sploszonym olbrzymem, jednak zólwie morskie bynajmniej nie sa powolne. Powtarzamy ten spektakl parokrotnie (ciekawe co na temat ploszenia dzikich zólwi powiedzieliby obroncy praw zwierzat...?). Raz udaje sie nam zobaczyc, jak sobie zólwi olbrzym majestatycznie plynie po powierzchni (niezapomniane przezycie). Wreszcie po paru godzinach plywania stwierdzamy, ze zamiast patrzec na zólwie chetniej zjedlibysmy zólwiowej zupy :-), bo zrobila sie niepostrzezenie pora obiadowa... Lódka niebawem zabiera nas do restauracji w wiosce rybackiej.
Po obiedzie plywamy jeszcze w trzech innych miejscach. Udaje sie nam zobaczyc jeszcze kilka malych rekinów, zólwia, plaszczke i tysiace malych ciekawskich rybek, które podplywaja do reki jakby chcialy cos dostac do jedzenia. Znajdujemy tez Nemo :-)
Jedno z miejsc to latarnia morska-betonowa wieza, z której górnego pokladu na wysokosci ok. 8m nad poziomem wody chlopaki postanawiaja skakac. Sharif nie ma z tym problemu, natomiast Briana w kluczowym momencie dopadaja tysiace watpliwosci. W sobie wlasciwy sposób zaczyna rozwazac wszelkie za i przeciw. Trwa to dobre trzy kwadranse. W koncu dochodzi do tego, ze wszyscy juz siedzimy z powrotem w lódce a on dalej rozmysla. Postanawiam po niego pójsc, skacze wiec w morze, ale jak tylko sie wynurzam slysze juz tylko smiechy i gromkie brawa. Niestety, nie udaje mi sie go namówic na powtórke...
W wiekszej czesci tego muzulmanskiego kraju alkoholu albo w ogole nie serwuja, albo robia to pokatnie. Wyspy Perhentian nie sa wyjatkowe pod tym wzgledem. Jako ze dzis zegnamy Xaviego i Virginie wieczorem idziemy imprezowac na Long Beach, po drugiej stronie wyspy. Sa tu dwa czy trzy bary serwujace napoje. Jest troche ludzi-"bialasow", ale jako ze alkohol jako towar deficytowy tani nie jest, jest tu bardzo spokojnie i grzecznie.
Zabiera nas malajski chlopak. Pierwszy punkt to Shark Point, czyli miejsce wystepowania rekinów gatunku Black Tip Shark. Nie sa to wprawdzie ludojady, podobno dorosle mierza "tylko" do 1.8m dlugosci, jednak z pewnym trudem przelamujemy instynktowny opór (pewnie glównie wyrobiony poprzez ogladanie filmów typu "Szczeki") i... wskakujemy do wody.
Rezultaty godzinnego moczenia sie w wodzie z rekinami sa niezbyt spektakularne: dwa male bo zaledwie pólmetrowe rekinki boja sie naszej siedmioosobowej zgrai nieskonczenie bardziej niz my ich, wiec czym predzej czmychaja w sina wodna dal. Za to mnóstwo tu wszelakiego innego rybiego stworzenia o przeróznych fantastycznych kolorach, ksztaltach (i zapewne smakach).
Nastepnie plyniemy do zatoki zólwi, i tu juz mamy wiecej szczescia. Zólwie o srednicy 70-100cm najpierw trzeba wypatrzyc jak siedza na dnie (nie jest to trudne jako ze woda jest krysztalowa, a poludniowe slonce na lazurowym niebie bez trudu dociera do dna znajdujacego sie jakies 5 metrów pod powierzchnia). W momencie gdy ktos zaczyna pokazywac reka i krzyczec "zólw, zólw!", cala zgraja na wyscigi skacze do wody i plynie za sploszonym olbrzymem, jednak zólwie morskie bynajmniej nie sa powolne. Powtarzamy ten spektakl parokrotnie (ciekawe co na temat ploszenia dzikich zólwi powiedzieliby obroncy praw zwierzat...?). Raz udaje sie nam zobaczyc, jak sobie zólwi olbrzym majestatycznie plynie po powierzchni (niezapomniane przezycie). Wreszcie po paru godzinach plywania stwierdzamy, ze zamiast patrzec na zólwie chetniej zjedlibysmy zólwiowej zupy :-), bo zrobila sie niepostrzezenie pora obiadowa... Lódka niebawem zabiera nas do restauracji w wiosce rybackiej.
Po obiedzie plywamy jeszcze w trzech innych miejscach. Udaje sie nam zobaczyc jeszcze kilka malych rekinów, zólwia, plaszczke i tysiace malych ciekawskich rybek, które podplywaja do reki jakby chcialy cos dostac do jedzenia. Znajdujemy tez Nemo :-)
Jedno z miejsc to latarnia morska-betonowa wieza, z której górnego pokladu na wysokosci ok. 8m nad poziomem wody chlopaki postanawiaja skakac. Sharif nie ma z tym problemu, natomiast Briana w kluczowym momencie dopadaja tysiace watpliwosci. W sobie wlasciwy sposób zaczyna rozwazac wszelkie za i przeciw. Trwa to dobre trzy kwadranse. W koncu dochodzi do tego, ze wszyscy juz siedzimy z powrotem w lódce a on dalej rozmysla. Postanawiam po niego pójsc, skacze wiec w morze, ale jak tylko sie wynurzam slysze juz tylko smiechy i gromkie brawa. Niestety, nie udaje mi sie go namówic na powtórke...
W wiekszej czesci tego muzulmanskiego kraju alkoholu albo w ogole nie serwuja, albo robia to pokatnie. Wyspy Perhentian nie sa wyjatkowe pod tym wzgledem. Jako ze dzis zegnamy Xaviego i Virginie wieczorem idziemy imprezowac na Long Beach, po drugiej stronie wyspy. Sa tu dwa czy trzy bary serwujace napoje. Jest troche ludzi-"bialasow", ale jako ze alkohol jako towar deficytowy tani nie jest, jest tu bardzo spokojnie i grzecznie.
Labels:
Pulau Perhentian
wtorek, 9 czerwca 2009
Dzien 12 - Malezja
Dzis spimy do oporu, potem wypozyczamy kajaki i plyniemy odkrywac wybrzeze naszej wyspy. Jest skaliste na przemian z fantastycznymi plazami, na ktorych nie ma zywego ducha. Probujemy oplynac cala wyspe, ale po trzech godzinach wioslowania (na przemian z nurkowaniem) docieramy do D'Lagoon, gdzie na mapce oceniamy, ze jestesmy w jakiejs 1/3-ciej drogi. A jest juz wpol do piatej... Tu slonce zachodzi ok. siodmej, wiec postanawiamy zawrocic naszym kajakiem, podczas gdy reszta naszej grupy dzielnie prze dalej. Obiecujemy im, ze wyslemy kogos na poszukiwania jak przed zmierzchem nie wroca...
Gdy doplywamy z powrotem jest juz grubo po szostej. Wracamy do chatki i, akurat biorac prysznic, slysze spod okna wolanie: "Greg..." - patrze: pare metrow pod nami dwa kajaki na pograzajacym sie powoli w mroku morzu. Uff, wiec jednak doplyneli!
Wieczorem siedzimy w restauracji na plazy. Blyska sie w oddali juz od godziny, az tu jak nie lunie! Zrywa sie huraganowy wiatr a z nieba leja sie tony wody. Wszyscy lecimy biegiem pod dach, ktory zrobiony jest z metalowych blach. Huk deszczu o blache jest ogluszajacy, co jeszcze powieksza apokaliptyczny nastroj. A jakby tego wszystkiego bylo malo, pioruny bija peczkami po calym niebie.
Caly spektakl trwa do poznej nocy. Siedzimy na naszym prywatnym balkonie i podziwiamy niebo i morze rozswietlane co chwile potezna blyskawica...
Gdy doplywamy z powrotem jest juz grubo po szostej. Wracamy do chatki i, akurat biorac prysznic, slysze spod okna wolanie: "Greg..." - patrze: pare metrow pod nami dwa kajaki na pograzajacym sie powoli w mroku morzu. Uff, wiec jednak doplyneli!
Wieczorem siedzimy w restauracji na plazy. Blyska sie w oddali juz od godziny, az tu jak nie lunie! Zrywa sie huraganowy wiatr a z nieba leja sie tony wody. Wszyscy lecimy biegiem pod dach, ktory zrobiony jest z metalowych blach. Huk deszczu o blache jest ogluszajacy, co jeszcze powieksza apokaliptyczny nastroj. A jakby tego wszystkiego bylo malo, pioruny bija peczkami po calym niebie.
Caly spektakl trwa do poznej nocy. Siedzimy na naszym prywatnym balkonie i podziwiamy niebo i morze rozswietlane co chwile potezna blyskawica...
Labels:
Pulau Perhentian
poniedziałek, 8 czerwca 2009
Dzien 11 - Malezja
W Kuala Terengganu ladujemy o 5.30 rano. Ciemno, ludzi duzo, ale nieczynne sa wszelkie budki sprzedajace bilety. W Malezji, podobnie jak w krajach Ameryki Pd. ktore odwiedzalismy, nie wpadli jeszcze na taki pomysl jak tablica z rozkladem jazdy autobusow na dworcu autobusowym. Zamiast tego pytamy taksowkarzy i roznego typu naganiaczy, ktorzy sa nad wyraz uczynni, choc z jakoscia informacji roznie bywa...
W koncu po godzinie czekania podjezdza autobus do Kuala Besut, czyli tam, gdzie chcemy jechac. Zajmujemy miejsca i za chwile wchodza... Virginie i Xavi, ktorzy odbyli podobna jak my podroz wokol Malezji dzien wczesniej.
Po poltorej godziny jazdy zajezdzamy przed port. Stad mamy za godzine lodz na wyspe. Zachodzimy do pobliskiej kafejki na sniadanie i wpadamy na Briana, Sharifa i Jaime, ktorzy okazuje sie dali rade wsiasc do tego nocnego pociagu na ktory nie bylo juz biletow! Podobno byl straszny tlok, ale ktos im nieoficjalnie poradzil zeby mimo wszystko wsiasc, zaplacic RM10 kary za brak biletu, i tak tez uczynili.
Trzema roznymi drogami, choc bez zadnego wstepnego umawiania-grupa znowu w komplecie. Zajmujemy miejsca w lodce i za chwile zaluje, ze nie mam na nosie okularow p/slon., bo dosyc mala lodka jest napedzana dwoma 150-konnymi Yamahami i doslownie zdmuchuje nas z pokladu. Po polgodzinnym "locie" jestesmy u wrot raju...
Coral Bay na wyspie Perhentian Kecil to sliczna plaza z bialym piaskiem i morzem o turkusowym kolorze. Za chwile znajdujemy nocleg w chatce na skalach. Pare metrow pod nami delikatny szmer fal, widok cudowny, na horyzoncie jakies inne wysepki.
W morzu niekiedy widzimy kapiace sie muzulmanki, rozpoznajemy je po pelnym ubraniu i chustkach na glowie. Czasem do tego nosza pelen ekwipunek nurka. Wbrew naszym obawom ogolem niewielu jest tu wczasowiczow, do tego czesc z nich to Malajowie. To dobry znak. Podobno w Tajlandii najgorsze jest to, ze wiele z ich pieknych wysp jest przeladowane przez samych zachodnich turystow, przez co miejsce traci cos ze swego oryginalnego egzotycznego uroku.
Kapiemy sie w cudownej wodzie i obserwujemy bajecznie kolorowe ryby.
W koncu po godzinie czekania podjezdza autobus do Kuala Besut, czyli tam, gdzie chcemy jechac. Zajmujemy miejsca i za chwile wchodza... Virginie i Xavi, ktorzy odbyli podobna jak my podroz wokol Malezji dzien wczesniej.
Po poltorej godziny jazdy zajezdzamy przed port. Stad mamy za godzine lodz na wyspe. Zachodzimy do pobliskiej kafejki na sniadanie i wpadamy na Briana, Sharifa i Jaime, ktorzy okazuje sie dali rade wsiasc do tego nocnego pociagu na ktory nie bylo juz biletow! Podobno byl straszny tlok, ale ktos im nieoficjalnie poradzil zeby mimo wszystko wsiasc, zaplacic RM10 kary za brak biletu, i tak tez uczynili.
Trzema roznymi drogami, choc bez zadnego wstepnego umawiania-grupa znowu w komplecie. Zajmujemy miejsca w lodce i za chwile zaluje, ze nie mam na nosie okularow p/slon., bo dosyc mala lodka jest napedzana dwoma 150-konnymi Yamahami i doslownie zdmuchuje nas z pokladu. Po polgodzinnym "locie" jestesmy u wrot raju...
Coral Bay na wyspie Perhentian Kecil to sliczna plaza z bialym piaskiem i morzem o turkusowym kolorze. Za chwile znajdujemy nocleg w chatce na skalach. Pare metrow pod nami delikatny szmer fal, widok cudowny, na horyzoncie jakies inne wysepki.
W morzu niekiedy widzimy kapiace sie muzulmanki, rozpoznajemy je po pelnym ubraniu i chustkach na glowie. Czasem do tego nosza pelen ekwipunek nurka. Wbrew naszym obawom ogolem niewielu jest tu wczasowiczow, do tego czesc z nich to Malajowie. To dobry znak. Podobno w Tajlandii najgorsze jest to, ze wiele z ich pieknych wysp jest przeladowane przez samych zachodnich turystow, przez co miejsce traci cos ze swego oryginalnego egzotycznego uroku.
Kapiemy sie w cudownej wodzie i obserwujemy bajecznie kolorowe ryby.
Labels:
Pulau Perhentian
Subskrybuj:
Posty (Atom)