Poranek bardzo zimny. Szybko jemy sniadanie i wyruszamy. Konie jakies takie zwawe, zrebaczek wierzga wesolo jak zwariowany, wyczynia jakies niesamowite figury, galopuje tam i z powrotem jak opetany. Jeszcze bardziej dziko. Przekraczamy rzeke. Jak spod ziemi wyrasta jakis Mongol na motorze, w tradycyjnym, dlugim, mongolskim plaszczu. Tez jedzie przez rzeke, a co? Woda siega mu po bak. Mijamy stada bydla, przejezdzamy obok korpusow koni zjedzonych przez wilki. Zbiera sie na deszcz. Mongolowie mowia, ze musimy sie czym predzej schowac. Tylko gdzie? Jak okiem siegnac tylko step. Gnamy jak opetani do podnozy gor i szybko rozstawiamy namiot. Za chwile oberwanie chmury. Zapraszamy ich do srodka. Przykucaja w naszym maciupkim przedsionku palac skrety i obserwuja niebo przez malenka dziurke. Podoba im sie namiot - cmokaja z uznaniem, ze wcale nie przecieka. Nam wydaje sie, ze to tylko kwestia minut zanim splyniemy do jeziora. W koncu przestaje padac. Grzejemy rece w ogniu czekajac na dzisiejsza porcje baraniej zupy. Podczas gdy w nizszych partiach gor lalo, szczyty pokryly sie sniegiem. Podziwiamy widoki, powoli sie przejasnia. Jedziemy po skalach wulkanicznych. Konie niesamowicie sobie radza na skalach, zrecznie omijajac szczeliny. Znowu pada i skaly przybieraja czarny kolor. Dookola nas chyba wszystkie rodzaje pogody. Jedziemy bez odpoczynku, zeby nadrobic stracony czas. Przystajemy tylko raz zeby napoic konie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Terkhiin Tsagaan Nuur. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Terkhiin Tsagaan Nuur. Pokaż wszystkie posty
piątek, 14 sierpnia 2009
czwartek, 13 sierpnia 2009
Dzien 77 - Mongolia
Pakujemy najpotrzebniejsze rzeczy, ktore jadacy z nami dwaj pasterze przytraczaja do konia jucznego wraz z paroma garnkami, siekiera, kawalem surowego barana, workiem ziemniakow i odrobina makaronu. W sumie jedzie nas piatka: my plus Kai plus dwojka pasterzy-przewodnikow. Obok jucznej klaczy biegnie zrebaczek. Grzes z Kai wygladaja jak Don Kichot i Sancho Pansa. Mamy skorzane siodla, ruskie - pelen luksus. Pogoda cudowna, przejrzyste powietrze - widac na dziesiatki kilometrow. Nie ma zywej duszy, mijamy tylko stada koni i jakow. Znowu towarzysza nam orly stepowe - nie mozemy sie napatrzec. Przekraczamy male rzeczki, zatrzymujemy sie przy Ovoo na papierosa. Pasterze robia skreta z gazety. Zbieramy drewno na ognisko i ustawiamy garnek z woda z jeziora na znalezionych kamieniach. Pasterze kroja barana i ziemniaki, dodaja troche cebuli i czosnku i za chwile mamy zupe. Ukradkiem wyrzucamy zolte kawalki tluszczu, wedlug Mongolow pewnie najsmakowitsze kaski. Nasze zoladki ciagle jeszcze nie sa w dobrej formie. Pasterze wyciagaja zza pazuchy kawalki baraniego tluszczu, nabijaja na ostrze noza i podpiekaja w ognisku. Daja nam sprobowac i, jako ze nie wypada odmowic, zujemy po kawalku. Na noc zatrzymujemy sie przy niewielkim wzniesieniu wsrod stad jakow i owiec. Przyjezdza do nas mlody pasterz na koniu w tradycyjnym mongolskim plaszczu, przepasanym zoltym pasem. Ma 20 lat i 3 tysiace sztuk bydla. Przywozi prawdziwa mongolska wodke - arkhi. To coraz rzadszy rarytas. Robi sie ja z destylowanego kumysu (sfermentowane kobyle mleko). Ma okolo 10 - 12 procent, jest przezroczysta i bez smaku, bardzo podobna do japonskiej sake. Poniewaz proces destylacji jest dosc trudny i bardzo czasochlonny, Mongolowie jak moga to kupuja mocniejsze, komercyjne wodki, ale tu na nasze szczescie nielatwo o sklep. To jest pierwszy raz, kiedy mamy okazje sprobowac arkhi. Wieczor jest dosc chlodny. Jestesmy na ponad 2000 m.n.p.m. Zachod slonca to prawdziwy spektakl, choc klebiace sie chmury raczej nie wroza nic dobrego. Spimy we wszystkich rzeczach i w czapkach, szczelnie okutani w spiwory. Mongolowie wprost na ziemi, przy dogasajacym ognisku, zawinieci w swoje dlugie, cieple i uniwersalne plaszcze.
Labels:
Terkhiin Tsagaan Nuur
środa, 12 sierpnia 2009
Dzien 76 - Mongolia
Dzis mamy wyjechac na trzydniowa wyprawe konno. Konie czekaja, nasi przewodnicy sie niepokoja, a my nie mozemy wstac. Wszyscy troje obudzilismy sie z potwornym bolem brzucha, rzygamy dalej niz widzimy. Tak przez caly dzien. Sam widok slonej herbaty z mlekiem powoduje odruch wymiotny, marzymy o zwyklej herbacie. Nie mamy sily isc do kibelka, ktory ktos romantycznie ustawil na wzniesieniu z pieknym widokiem na jezioro. Przechodzi nam troche pod wieczor po litrach gorzkiej herbaty. Nie odwazamy sie na jedzenie niczego oprocz herbatnikow. Marzymy o wodzie do picia, a Mongolowie pija tylko slona herbate z mlekiem. Probujemy kupic wode od napotkanego kierowcy. Mowi, ze woda jest tak droga ze nie byloby nas na nia stac, wiec on nam da za darmo - dziwna logika ale typowo mongolska dobrodusznosc. Wieczorem decydujemy sie na krotka jazde konna nad brzegiem jeziora. Pierwotny plan byl taki, zeby objechac cale jezioro (ok. 80 kilometrow) w trzy dni. Poniewaz jeden dzien zmarnowalismy, teraz mamy na to dwa dni - jutro wyruszamy.
Labels:
Terkhiin Tsagaan Nuur
wtorek, 11 sierpnia 2009
Dzien 75 - Mongolia
Dzis mamy dotrzec do oddalonego o 18 kilometrow jeziora, w okolicy ktorego chcemy jezdzic konno. Gospodarz ma nas tam zawiezc wozem zaprzezonym w wola. Niestety od rana zle sie czuje, lezy jak kloda na ziemi i co troche rzyga. Pewnie biedaczysko wypil za duzo Czyngis Hana. Czekamy cierpliwie do poludnia az wydobrzeje. W koncu ladujemy nasze graty na woz i zegnani przez caly tlum wyruszamy w droge. Radoche mamy nieprzecietna - czujemy sie jakbysmy cofneli sie w czasie. Jedziemy przez step poorany wulkaniczna lawa, niedaleko jest nieczynny wulkan Khorgyn Togo. Co troche zatrzymuje sie jakis samochod i mongolscy turysci chca sie z nami fotografowac. Przy wulkanie robimy odpoczynek. Okazuje sie, ze mozna tu wynajac konie. Postanawiamy w ramach zaprawy przed jutrzejsza konna wyprawa ostatnie 7 kilometrow pojechac konno na skroty, podczas gdy woz z naszymi bagazami wolniutko bedzie jechal droga. Chcemy tez sprawdzic, czy zla slawa jaka ciesza sie mongolskie siodla jest zasluzona. Nad jezioro docieramy totalnie obtluczeni - nasze tylki jeszcze nigdy nie zostaly tak potraktowane. Dlaczego Mongolowie majac takie ilosci skory postanowili wytwarzac siodla z drewna? Jakos opadl nam entuzjazm zwiazany z jutrzejsza wyprawa. 80 kilometrow tluczenia tylkiem w deske przestaje byc atrakcja. Na domiar zlego zaczynamy sie zle czuc. Nie dajemy rady zjesc kolacji. Zwalamy sie w namiocie i lezymy jak martwi z malymi przerwami na rzyganie. Kai legnie przed namiotem, wprost na trawie bo nie ma sily rozlozyc materaca. Zawija sie tylko szczelnie w spiwor. W nocy budzimy sie i widzimy ze nie ma jej przed namiotem, zostaly po niej tylko buty. Ostrzegano nas, zeby w nocy nie oddalac sie od namiotu z uwagi na wilki i hordy na wpol dzikich psow. W Mongolii psy sluza do zaganiania i ochrony bydla przed drapieznikami i nie sa traktowane jak zwierzeta domowe. Odpedza sie je kamieniami badz kopniakiem, nie ma zwyczaju ich glaskania. Sa dosc grozne. Przed zblizeniem sie do osady czy geru trzeba krzyczec, zeby uwiazali psy.
Poniewaz nie mamy pojecia gdzie jest Kai, Grzes lapie jakis kamien i idzie jej szukac, ale bez powodzenia. Nagle slyszymy jej krzyki. Nasluchujemy - znowu. Po jakiejs chwili orientujemy sie, ze dobiegaja z szoferki zaparkowanej obok geru starej ciezarowki. Okazuje sie, ze Kai tak strasznie boli brzuch, ze krzyczy z bolu i zamknela sie tutaj zeby nas nie pobudzic. Zabieramy ja do namiotu zeby troche sie ogrzala. Przesuwam reka po siedzeniach szoferki, zeby sprawdzic czy nic tam nie zostawilismy. Moja reka grzeznie w czyms zimnawym i jakby lekko wilgotnym. Swiecimy latarka - okazuje sie, ze Kai spala na polowce barana...
Labels:
Terkhiin Tsagaan Nuur
Subskrybuj:
Posty (Atom)