Zatoka Monterey w Kaliforni jest miejscem, gdzie można oglądać wieloryby przez okrągły rok. Dzieje się tak za sprawą bliskości głębokiego rowu oceanicznego, dzięki czemu wody zatoki obfitują w kryl i ryby, co z kolei przyciąga te największe morskie ssaki. Sprawdzamy w Centrum Obserwacji, że przez ostatnie parę dni zauważono dzień w dzień kilkanaście sztuk – znaczy że są, no to jedziemy!
Już sam port obfituje w atrakcje. Wszędzie wylegują się lwy morskie, wydry leżą na wodzie brzuszkami do góry czyszcząc swoje futerka, są olbrzymie kormorany, albatrosy...
Wypływamy w morze na niewielkiej łódce, która prowadzona jest przez badaczy-biologów, prawdziwych entuzjastów. Nie musimy długo czekać na wieloryby. Już wkrótce widać na wodzie charakterystyczne fontanny.
...hej, wielorybnicy!
Wieloryby tu najczęściej występujące należą do gatunku zwanego w jęz. ang. humpback whale, wg Wikipedii polska nazwa to humbak lub długopłetwiec. Osiągają ok. 15m dł. i 35 ton wagi. Pływają w parach, rzadziej pojedynczo. Jedna para wynurza się niespodziewanie obok naszej łódki po czym nurkuje pod nią - patrzymy zachwyceni na tylna pletwę szerokości naszej łodzi. Podczas parogodzinnego pływania widzimy 16 wielorybów z bliska i wiele innych w oddali – uznajemy to za całkowity sukces, to o wiele więcej niż się spodziewaliśmy. Gdy łódź zawraca a z nią my, usatysfakcjonowani i oczarowani, podpływa do nas mała grupa delfinów, około 30 sztuk z małymi - to prawdziwe zwieńczenie wyprawy. W drodze powrotnej robi się sennie, grzejemy się na słońcu i prawie zasypiamy po bardzo wczesnym starcie, gdy wtem kapitan łodzi krzyczy, że w naszym kierunku płynie duża grupa delfinów. I rzeczywiście, po chwili przyłącza się do nas i, bawiąc się i ścigając się z łódką, płynie z nami stado około 300 sztuk, co i tak jest ponoć stosunkowo małą liczbą jak na te wody, gdzie zdarzają się grupy po 1000 osobników.
Udaje nam się również zobaczyć rybę, która poluje leżąc na powierzchni wody (niestety jej nazwy nie pamiętamy - może któryś z naszych czytelników podpowie?). Podobno osiąga olbrzymie wymiary i może ważyć tonę - ta jest niewielka. Na nasz gust to ona się dopiero uczy pływać, tak jakoś niemrawo się porusza.
Towarzyszą nam bez przerwy niesamowite ilości ptaków, które maja tu pod dostatkiem pożywienia (miedzy innymi wielkie, czerwone od krylu wielorybie kupy :-) ).
***
Cudownie, że są jeszcze na świecie miejsca, gdzie jest tyle pięknych zwierząt na wolności.
wtorek, 24 listopada 2009
Dzień 182 - Monterey Bay. Wieloryby, delfiny i... ryba co się uczy pływać.
niedziela, 22 listopada 2009
Dni 176-180 - San Francisco
Most Golden Gate to obok więzienia Alcatraz pewnie najbardziej znana budowla San Francisco. Pomalowany na czerwono odznacza się na tle błękitnego nieba i ciemnych wód zatoki Golden Gate.
San Francisco to także niewiarygodnie strome ulice i słynny tramwaj linowy (ang. „cable car”) z początku XX wieku. Funkcjonują także bardziej zwyczajne tramwaje (ang. streetcar), niektóre linie są wciąż obsługiwane przez pięknie utrzymane zabytkowe pojazdy przywiezione z różnych innych amerykańskich miast, np. Chicago, jednak zdecydowanie największą atrakcją turystyczną miasta jest tramwaj linowy, którego dwie linie wciąż działają. Rzecz jasna, bardziej niż środkiem transportu jest on przede wszystkim wielką atrakcją turystyczną i przyciąga dzikie tłumy turystów, tak że trudno się dopchać. W olbrzymiej zabytkowej centralnej maszynowni jest także muzeum. Tam dowiadujemy się wszystkiego od podszewki. Otóż tramwaj działa na podobnej zasadzie, jak popularne niegdyś wyciągi narciarskie tzw. „wyrwirączki”. Ukryta w szczelinie pod powierzchnią ulicy lina jest w ciągłym ruchu z prędkością 15km/h (obecnie napędzana prądem elektrycznym). Sam wagon nie posiada własnego napędu, wyposażony jest jedynie w prymitywny układ hamulcowy (drewniane klocki) i ręcznie obsługiwany chwytak służący do, jak sama nazwa wskazuje, chwytania liny napędowej. Tylko taki system pozwala pojazdom pokonywać karkołomne nachylenia ulic.
Prócz części technicznej muzeum posiada interesującą część historyczną, gdzie czytamy o katastrofie sprzed stu lat. W roku 1906 miasto nawiedziło ogromne trzęsienie ziemi, prawie 8 st. w skali Richtera, które, wraz ze spowodowanymi przez siebie pożarami, pochłonęło ponad 80% budynków. Ostatni raz ziemia się poważniej trzęsła w 1989 roku. Życie w San Francisco to trochę jak spać na beczce prochu.
Zamiast na zwiedzaniu, czas w San Francisco spędzamy bardziej na przygotowaniach do naszej wielkiej (BiG!) podróży autem przez parki narodowe południowo-zachodnich Stanów Zjednoczonych. Niemniej udaje się nam poczuć klimat tego wyjątkowego miasta - w przenośni jak i dosłownie – okazuje się, że miasto jest znane z kapryśnej i chłodnej pogody, przenikliwa wilgoć i wiatr powodują, że w poranki i wieczory kostniejemy z zimna.
wtorek, 17 listopada 2009
Dni 173-175 - Los Angeles
LA jest w pewnym sensie znajome. Znajome miejsca, znajome nazwy ulic - Ameryka z filmów. Pięknie położone w rozległej, otoczonej z trzech stron wzgórzami dolinie otwartej na ocean. Na wzgórzach bogate dzielnice z cudownym widokiem na miasto, wymuskaną zielenią i olbrzymimi posiadłościami, często należącymi do tych, co się dorobili w branży filmowej. Wiele z budynków to dzieła słynnych architektów, ale nie jest łatwo wiele zobaczyć, gdyż prywatności strzegą olbrzymie mury. Jak już coś widać, to niezręcznie robić zdjęcia, bowiem niekoniecznie byłoby to mile widziane.
Jeśli chodzi o architekturę, to oczywiście biegniemy oglądnąć dom Eames'ow z 1949 roku. Już z daleka widać znane z książek drzewa eukaliptusowe, wsród nich kryje się dom-pracownia. Dom Eames'ów wygląda tak, jakby tam ciągle mieszkali. Meble, książki, kwiaty, zabawki - rodzina Eames'ow dba, aby wszystko wyglądało tak, jak za życia Charlesa i Ray.
Z "klasyczną" architekturą LA (lata 20-30-40-50-te...) wiąże się wiele innych słynnych nazwisk, chociażby Frank Lloyd Wright czy Richard Neutra.
Według nas najciekawszy jest jednak ogólny klimat LA. Niezliczone budynki Art Deco, szerokie, proste, ciągnące się po paręnaście-parędziesiąt kilometrów ulice i nadmorskie bulwary pełne palm (np. w Santa Monica).
Organizacja miasta podporządkowana jest samochodom - piesi nie mają tu łatwego życia; restauracje "drive-in", "drive-thru" są tu na każdym kroku - spuścizna początków motoryzacji, kiedy to Ameryka zachłysnęła się tym nowym wynalazkiem.
Ameryka lata 50-te - w Mel's Drive-In:
Hollywood - fabryka marzeń: