wtorek, 18 sierpnia 2009

Dni 81-82 - Mongolia/Chiny

Ostatnie pare dni daly nam troche w kosc, wiec juz bardzo tesknimy do cywilizacji, a tu nastepny pociag do Pekinu dopiero w czwartek. Odwiedzamy szumnie brzmiace miedzynarodowe centrum sprzedazy biletow kolejowych.

Wieczorem jest pociag do Erlian, pierwszej stacji po chinskiej stronie, skad podobno mozna kontynuowac podroz autobusem. Niestety cena z kosmosu. Postanawiamy kombinowac. Kupujemy o polowe tanszy bilet krajowy do Zamyn Uud, ostatniego mongolskiego miasteczka przed granica. Okazuje sie, ze 99% pasazerow tego pociagu tez jedzie tylko do Zamyn Uud, a prawie pusty pociag jedzie potem przez granice. Jest to dobrze przetarty szlak do Chin, wiec w Zamyn Uud rozwiniety jest tez przemysl przerzutowy - trzeba wynajac jeepa, a raczej ruskiego uaza, zeby przekroczyc granice. Pieszo nie wolno, mimo ze odleglosc moze ze 3 km. Wysiadamy z pociagu i od razu obskakuja nas kierowcy jeepow-taksowek. Wsiadamy do jednego, targujemy sie o cene. To auto ze stluczona w wielu miejscach przednia szyba, rozwalonymi siedzeniami, nie domykajacymi sie drzwiami. Nasza podroz w kierunku granicy trwa jakies 15 minut (tak dlugo ze wzgledu na postoj – po wode do cieknacej chlodnicy), po czym stajemy w korku identycznych jak nasz, zdezelowanych uazow. Z ta roznica, ze nasz jeszcze dodatkowo sie psuje. W momencie gdy trzeba podjechac do przodu mamy dwie opcje: odpalanie na korbe albo pchanie. Najczesciej nie ma czasu na korbe, gdyz kazda sekunda postoju oznacza, ze ci za nami momentalnie wcinaja sie przed nas, wiec pchamy. Tak mija nam dzien - od osmej rano do siedemnastej. Pan kierowca w tym czasie naprawia peknieta chlodnice, gra w karty i gawedzi z kolegami-kierowcami.

Powodem korka jest brak pradu a co za tym idzie niedzialajace komputery na granicy. To w tym kraju normalka. Zawsze cos nie dziala. W koncu jestesmy w Mongolii.

Po chinskiej stronie wita nas wielka tecza z dykty – juz wiemy, ze jestesmy w chinskiej krainie szczesliwosci. Nawet nie mamy czasu nic zjesc, na styk lapiemy ostatni sypialny autobus do Pekinu.

Ku naszej rozpaczy autobus nie ma w planie przystanku na obiad. Glodni, wlazimy pod koldre pogryzajac kupione w pospiechu herbatniki i ogladamy film walki - nieodlaczna atrakcje tutejszych przejazdow autobusem. Szybko zasypiamy. Okolo polnocy budzi nas brutalnie zapalone swiatlo i wrzask kierowcy. Nie rozumiemy o co chodzi - uciekac czy nie. Kai przychodzi nam na ratunek (mamy teraz osobistego tlumacza) – otoz jest to przystanek na sniadanie (!). W Chinach kazda pora jest dobra zeby zjesc J

niedziela, 16 sierpnia 2009

Dzien 80 - Mongolia

Z powrotem w UB, po 10-godzinnej jezdzie po mongolskiej drodze. Wrazenie bardziej przypominajace prace z mlotem pneumatycznym niz jazde autobusem. Marzymy o goracym prysznicu. Po trzech godzinach szukania znajdujemy wydawaloby sie nowoczesny, porzadny hotel z malym, eleganckim barem, pelnym mlodych, modnie ubranych ludzi. Cena dla cudzoziemcow pare razy wyzsza i wcale sie z tym nie kryja, no ale przeciez zasluzylismy na odrobine luksusu. Sniadanie wliczone w cene - usmiechnieta panna na recepcji, nie ma sie do czego przyczepic.

Po pieciu minutach walenie w drzwi:

- a kiedy opuszczacie hotel?

- no ale my dopiero przyjechalismy! Jutro.

- to dobrze.

Za nastepne pare minut znowu pukanie do drzwi:

- o ktorej jutro wyjezdzacie?

Juz teraz troche podirytowani pytamy - A kiedy chcecie, zebysmy wyjechali?

- no tak przed dwunasta.

- O.K.

Za nastepne pare minut znowu pukanie do drzwi:

- nasz kucharz zachorowal, wiec sniadania jutro nie bedzie.

No i coz mamy powiedziec. W kazdym innym kraju znalezliby zastepstwo, ale tu Mongolia...

Teraz to juz tylko marzymy o tym goracym prysznicu... i zeby przestali nas odwiedzac. Pal licho sniadanie.

Ciagniemy losy kto pierwszy na polgodzinne odmakanie - pada na Grzeska. Z zazdroscia bucham sie na lozko, wlaczam telewizor i oddaje sie ogladaniu zapasow po rosyjsku. Z blogiego letargu wyrywa mnie:

- K**wa, nie wierze! Nie ma cieplej wody....

No coz - nie takie rzeczy juz przezylismy. Po mrozacym krew w zylach (doslownie) prysznicu zasuwamy na kolacje i przypadkowo zalapujemy sie na koncert, jak sie pozniej okazuje najslynniejszej mongolskiej kapeli folk/punkrockowej Altan Urag. Graja na tradycyjnych mongolskich instrumentach smyczkowych morin khuur, a brzmia jakby wymiatali heavy metal na gitarach J dla zainteresowanych: http://www.myspace.com/altanurag

piątek, 14 sierpnia 2009

Dzien 78 - Mongolia

Poranek bardzo zimny. Szybko jemy sniadanie i wyruszamy. Konie jakies takie zwawe, zrebaczek wierzga wesolo jak zwariowany, wyczynia jakies niesamowite figury, galopuje tam i z powrotem jak opetany. Jeszcze bardziej dziko. Przekraczamy rzeke. Jak spod ziemi wyrasta jakis Mongol na motorze, w tradycyjnym, dlugim, mongolskim plaszczu. Tez jedzie przez rzeke, a co? Woda siega mu po bak. Mijamy stada bydla, przejezdzamy obok korpusow koni zjedzonych przez wilki. Zbiera sie na deszcz. Mongolowie mowia, ze musimy sie czym predzej schowac. Tylko gdzie? Jak okiem siegnac tylko step. Gnamy jak opetani do podnozy gor i szybko rozstawiamy namiot. Za chwile oberwanie chmury. Zapraszamy ich do srodka. Przykucaja w naszym maciupkim przedsionku palac skrety i obserwuja niebo przez malenka dziurke. Podoba im sie namiot - cmokaja z uznaniem, ze wcale nie przecieka. Nam wydaje sie, ze to tylko kwestia minut zanim splyniemy do jeziora. W koncu przestaje padac. Grzejemy rece w ogniu czekajac na dzisiejsza porcje baraniej zupy. Podczas gdy w nizszych partiach gor lalo, szczyty pokryly sie sniegiem. Podziwiamy widoki, powoli sie przejasnia. Jedziemy po skalach wulkanicznych. Konie niesamowicie sobie radza na skalach, zrecznie omijajac szczeliny. Znowu pada i skaly przybieraja czarny kolor. Dookola nas chyba wszystkie rodzaje pogody. Jedziemy bez odpoczynku, zeby nadrobic stracony czas. Przystajemy tylko raz zeby napoic konie.