Monument Valley odwiedzamy dwa razy w przeciągu paru dni. Za każdym razem zastajemy inny spektakl kolorów i nastrojów. Pierwsza odsłona jest jak z obrazów Dalego – ceglastoczerwone „monumenty” oświetla delikatne popołudniowe światło. Przypomina to trochę nastrojem Boliwię – do której już trochę tęsknimy :-).
Za drugim razem jedziemy do Monument Valley przez sąsiednią dolinę Valley of the Gods. Zupełne pustkowia, to są miejsca spoza turystycznych map, więc nikt tu nie przyjeżdża, zwłaszcza o tej porze roku. A jest pięknie. To takie bardziej odludne i mniej obfotografowane wydanie Monument Valley, bez biletów wstępu, bez bazy turystycznej...
Za drugim razem Monument Valley przyprószył śnieg...
PS. To na tej drodze Forrest Gump postanowił wracać do domu, bo był zmęczony. Odruchowo oglądamy się aby sprawdzić, czy za nami czasem nikt nie biegnie... :-) Też w którymś momencie poczujemy pewnie to samo i powiemy sobie: „dość – wracamy do domu”, ale na razie jeszcze trochę popodróżujemy :). Każdy dzień przynosi tyle nowego...
PS2. Jeszcze nie mamy takich długich włosów jak Forrest. Grześ nawet niedawno zgolił brodę :). Poddaliśmy się też obydwoje postrzyżynom.
czwartek, 10 grudnia 2009
Dni 193 i 198 - Monument Valley/Valley of the gods
środa, 9 grudnia 2009
Dzień 197 - jadąc po "Million Dollar Highway" - z Ouray do Durango
Malowniczy odcinek trasy US550 prowadzi przez górskie zbocza i przełęcze z Ouray do Durango w stanie Kolorado. Po drodze zaledwie jedna osada górnicza Silverton. Droga uchodzi za niebezpieczną - wąska, kręta, na skraju przepaści. Trudno się wymijać, ale my mamy szczęście i jedziemy nazajutrz po obfitych opadach śniegu, co wyraźnie zniechęciło większość kierowców, poza tym pługi stworzyły na poboczach wysokie bandy, przez co czujemy się nieco pewniej na skrajach tych przepaści.
Nocujemy w Durango. To niewielkie, położone wśród gór i dzikiej przyrody spokojne miasteczko. Bez problemu można spotkać na jego ulicach jelenia albo lisa. Wszystko przykryte białą pierzyna śniegu. Poznajemy Janice, która zaprasza nas do swojego eleganckiego domu. Za oknem biało, trzaskający mróz, a my gadamy z Janice w ciepełku przy lampce wina, jakbyśmy znali się od lat. Po ulicy przed domem, oświetlony światłem ulicznej latarni, przechadza się jeleń, oprócz tego puściutko. Zdziwieni pytamy jak to możliwe, ze dzikie jelenie przychodzą do miasta. „One były tu pierwsze, to my weszliśmy na ich teren” - odpowiada Janice. Podobno w ślad za jeleniami przychodzą też pumy, co jest niewesołe, bo pumy potrafią zaatakować człowieka. Podobno jakiś czas temu puma zaatakowała i śmiertelnie raniła porannego biegacza. Janice gościła u siebie kiedyś parę ze Szwajcarii, która pisała przewodnik turystyczny po Stanach. Podróżowali po kraju kilka miesięcy, widzieli wiele dzikich zwierząt. Najbardziej chcieli zobaczyć niedźwiedzia lecz nigdy nie mieli szczęścia. Mieszkali u niej z przerwami parę tygodni. Któregoś dnia, tuz przed końcem ich pobytu, zatrzymali się na światłach na skrzyżowaniu, patrzą, a na chodniku, na dwóch łapach stoi miś. Podobno wyglądał, jakby łapał „stopa”.
Myśmy się bardzo starali, ale niestety misia zobaczyć się nam nie udało. Bo przecież jest zima i wszystkie normalne misie śpią snem zimowym.
wtorek, 8 grudnia 2009
Dzień 196 - Park Narodowy Arches
Były momenty, że myśleliśmy że nie dojedziemy...
...na drugi dzień było tak:
Czy widzicie to samo co my? :-)