wtorek, 26 stycznia 2010

Dni 241-245 - Torres del Pain(e)



Zatęskniliśmy za wysokimi górami, postanawiamy więc zacząć nasze ponowne spotkanie z Ameryką Południową od Parku Narodowego Torres del Paine. Z entuzjazmem robimy przygotowania, kupujemy prowiant, wypożyczamy namiot. Trochę z przerażeniem patrzymy na tłumy turystów, którzy tu zjeżdżają głównie z Francji, Szwajcarii, Niemiec i Holandii. Pocieszamy się jednak, że gdzieś się oni zgubią w bezmiarze Patagonii. Wyruszamy raniutko do Parku Narodowego, gdzie okazuje się, ze turyści zwożeni są masowo niezliczonymi autokarami. Nie zapowiada się za dobrze...

Zaplanowaną trasę zamierzamy pokonać w 6 dni, i aby choć troszkę wyminąć tłumy postanawiamy iść w kierunku przeciwnym do najbardziej popularnego. Pogoda nienajlepsza, ale według prognozy ma się wypogodzić w ciągu najbliższych 3 dni, a więc dokładnie wtedy, kiedy dotrzemy do najbardziej spektakularnych miejsc.

Powtórnie (pierwszy raz w Mongolii) zdajemy sobie sprawę z tego, że Europa ma wyjątkowo łagodny klimat jak na swoją szerokość geograficzną, głównie za sprawą ciepłego prądu Zatokowego (Golfstrom). Torres del Paine leży w południowej części Patagonii, na szerokości geograficznej porównywalnej z Polską, a jednak trudno sobie wyobrazić dwa bardziej różne światy, takie są różnice klimatu. Warunki na półkuli południowej są zupełnie inne, wynikają one głównie z nieobecności większej masy lądu w tej części świata – oczywiście poza Antarktydą, ale ta raczej przyczynia się do schładzania klimatu. W Patagonii wieje często bardzo silny wiatr. Momentami wieje tak silnie, ze dosłownie zwala z nóg. Chmury na niebie pędzą w szalonym tempie. Ma się ten wiatr gdzie rozpędzać, w końcu niepowstrzymywany żadnymi przeszkodami hula kędy chce w koło Antarktydy. Jedynie ostro zakończony klin Patagonii wbija się w ten nieposkromiony żywioł. W południowej Patagonii zachodnie wiatry wieją praktycznie non-stop, niosąc ze sobą znad południowego Pacyfiku masy wilgotnego powietrza. Gdy masy te napotykają łańcuch Andów, wznoszą się i oziębiają, a co za tym idzie następuje kondensacja, powstają chmury i cała ta woda, która odparowała z powierzchni oceanu, w postaci opadów deszczu i śniegu powraca na powierzchnię ziemi. Im bliżej wybrzeża Pacyfiku – w zachodniej, chilijskiej części – tym więcej pada. W Torres del Paine praktycznie każdy dzień przeplatany jest deszczami, mimo że najczęściej krótkotrwałymi to wyjątkowo ulewnymi. W Andach patagońskich średnie roczne opady dochodzą do 10.000 mm(!), co czyni je jednym z najmokrzejszych miejsc świata.

Dzięki tak ogromnej ilości opadów, przy specyficznej rzeźbie terenu i wysokości nad poziomem morza zapewniającej odpowiednio chłodny klimat, istnieją tu idealne warunki dla tworzenia się lodowców. W całej Patagonii istnieją dwa ogromne pola lodowe: mniejsze Północne i większe Południowe. To ostatnie to największe (po polu lodowym St. Elias-Kluane-Malaspina-Eastern Chugach na Alasce) pole lodowe świata, z wyłączeniem regionów polarnych. Zajmuje teren prawie 17 tys. km2 (1/20 powierzchni Polski) ciągnąc się nieprzerwanie przez 350 km. Właśnie na jego południowych krańcach leży Park Narodowy Torres del Paine. Lodowiec Gray to jęzor, którym masy lodu spływają tu do jeziora o tej samej nazwie.



Pierwsze kilometry idziemy wzdłuż jego brzegu. Po powierzchni pływają oderwane kawałki nieskazitelnie czystego, błękitnego lodu. Wielka, niezmierzona masa lodu czai się w oddali… Trasa jest bardzo łatwa, właściwie spacer. Idzie się po terenie położonym między 200 a 400 metrów n.p.m., ale widoki są dramatyczne ze względu na duże względne różnice wysokości – wysoko w górze królują majestatyczne trzytysięczniki. Pierwszy i drugi dzień wędrówki upływają nam podobnie. Trekking, rozbijanie namiotu w pośpiechu, bo albo pada albo już zbiera się na deszcz, jedzenie w pośpiechu, bo albo pada albo już zbiera się na deszcz, wsłuchiwanie się w nocy w złowrogie huczenie wiatru. Przeszkadzają nam tłumy. Są wielkie ilości chilijskiej młodzieży, w końcu to styczeń, czyli ich letnie wakacje. Tego typu miejsca mają taką tendencję, że nas męczą. Krajobrazy owszem przepiękne, ale na wąskich ścieżkach ciągle trzeba przystawać, kogoś przepuszczać; wieczorem hałasy, imprezy… Myślimy sobie: zupełny brak kultury chodzenia po górach. Silne wiatry sprawiają, że nie jest przyjemnie wieczorami siedzieć na zewnątrz i odpoczywać napawając się widokami. Co wieczór rozbijamy namiot i czym prędzej zaszywamy się w nim. Chyba się nam przestaje chcieć. Niemiłosiernie zimno jak na sam środek lata... tzn. tutejszego lata... najcieplejszy okres roku, cha cha. Nie bez przyczyny tubylcy nazywają Patagonię Putagonia, od „la puta” – po hiszp. k…a :-). Wędrowcy nieraz dają tu za wygraną, wiatry i chłody zdecydowanie nigdy.

Trzeciego dnia budzimy się rano i postanawiamy pójść w góry bez plecaków, zostawiając wszystko na łasce losu (i maluśkiej kłódeczki) w namiocie. Poranek dość pogodny, widać szczyty gór. Słońce walczy dziś dzielnie z chmurami i co chwila przyjemnie przygrzewa. Nagle w okamgnieniu pogoda się zmienia i zaczyna lać ulewny deszcz. Poddajemy się, nie mamy siły i ochoty iść kolejny dzień w deszczu i huraganowym wietrze, w mokrych butach i ciuchach, tylko po to by zamiast gór zobaczyć stalowe chmury. Zarządzamy odwrót. Wracamy na kemping i pakujemy graty. Po krótkim ogrzaniu się w schronisku wyruszamy w drogę, mimo że leje jak z cebra i wieje porywisty wiatr. Jest czwarta po południu. Wszystko mamy maksymalnie mokre, więc to, że pada nie robi nam szczególnej różnicy. Chcemy już być gdzie indziej. Do przystanku autobusowego jedyne 11 km po stosunkowo płaskim terenie (wg mapy powinno zająć 3-4 godziny). Gna nas myśl o ciepełku kominka, gdy wreszcie dotrzemy do cywilizacji... Pierwszy napotkany strumień jest tak wezbrany, że jedyny sposób aby go pokonać, to wspiąć się na rosnące tu bardzo użytecznie drzewo i zeskoczyć z gałęzi na drugi brzeg. Każda następna napotkana osoba ostrzega nas przed przekraczaniem kolejnej rzeki, której wody podobno tak wezbrały, że stało się to bardzo trudne – jednym zajęło to dwie godziny, trzymając się w czwórkę za ręce musieli brodzić po kolana w rwącym nurcie. W duchu uśmiechamy się do samych siebie, dla nas przecież to „bułka z masłem” po rozszalałych strumieniach Himalajów.

Po chwili już widzimy o co chodzi. Ową rzekę tworzą cztery wezbrane strumienie, między którymi zostały niewielkie, kamienne wysepki. Na szczęście teren jest dość płaski, jedynie delikatnie opada w kierunku oddalonego o kilkaset metrów jeziora, do którego to złowrogo hucząc podążają wezbrane wody. Długi czas łażąc tam i z powrotem wzdłuż brzegów szukamy jako takiego przejścia. Wreszcie po dłuższej chwili udaje się nam pokonać dwa z czterech strumyków i lądujemy na wąskim pasku kamieni, który od stałego lądu dzieli największy z potoków. Tu nasze nadzieje na przejście względnie suchą nogą zupełnie bledną. Próbujemy zbudować bród (cha, cha), ale głazy wrzucane w tym celu do wody w okamgnieniu z gruchotem znikają w nurtach silnego prądu. Na dodatek wysepka, na której stoimy niepokojąco się pomniejsza w miarę jak tracimy „materiał budowlany”. Na szczęście z przeciwnej strony nadchodzi jakiś chłopak, któremu udaje się strącić z sąsiedniego brzegu olbrzymi głaz, który tworzy przy pionowej skarpie brzegu dobry punkt oparcia. Mamy teraz między nami a brzegiem trzy takie punkty, zanurzone tylko nieznacznie w wodzie. Basia idzie na pierwszy ogień przytrzymywana z jednej strony przez Grzesia, a z drugiej łapana przez owego chłopaka. Następny w kolejce on. Z jednej strony trzyma się Basi, potem tylko dwa skoki wprost w objęcia Grzesia. Znów zostajemy sami. Nieszczęśliwie, jeden z naszych krytycznych punktów podparcia jest już ledwie widoczny w wodzie, czy to przez dalsze wezbranie strumienia, czy też przez to, że dwie osoby już go trochę przesunęły. Grześ utknął na środku, na niewielkim głazie i ma na ten znikający w nurcie, podwodny punkt oparcia wycelować. Waha się jednak przez dłuższą chwilę, bo wiatr zwala z nóg, do tego ciężki plecak... Z jego perspektywy jedynym rozsądnym wyjściem z sytuacji jest przerzucenie plecaka na drugą stronę. Z brzegu widać, że ta operacja nie ma szans powodzenia, bo niezwykłą sztuką byłoby w tym wietrze dorzucić plecak do znajdującego się dużo wyżej brzegu, ale Grzesiowi z perspektywy środka strumienia wydaje się to rozwiązaniem najlepszym. Najpierw rzuca namiot, który jakoś dolatuje, a następnie wśród energicznych i kwiecistych protestów Basi, plecak. Nieszczęśliwie, w momencie wyrzucania kamień, na którym Grześ stoi, obsuwa się, a plecak, pozbawiony dostatecznego rozpędu, nie dolatuje, odbija się tylko od brzegu i znika w nurtach rzeki. Przez parę chwil patrzymy z rozpaczą jak plecak lawiruje w zawrotnym tempie między kamieniami, dużo szybciej niż my bylibyśmy w stanie biec… Dopływa do miejsca, gdzie strumienie się łączą w jeden rwący nurt, i ze zdwojoną siłą pędzi w stronę widocznego w dole jeziora. No, myślimy oboje, jeśli chodzi o plecak, to byłoby na tyle. Odwiedziliśmy tyle krajów, wrzucaliśmy go na paki autobusów, podróżowaliśmy różnymi podejrzanymi środkami komunikacji, odbyliśmy całkiem sporo lotów, a bagaże zawsze niezawodnie dojeżdżały całe i zdrowe. A tu sami z własnej woli wrzucamy plecak do rwącej rzeki!:-) Przez głowę przebiegają rozpaczliwe wspomnienia: paszport, aparat... Nagle, gdy oboje już się szykujemy na nurkowanie w lodowatym jeziorze, dostrzegamy, że plecak zatrzymał się jakimś cudem na kamieniu… Teraz obmywany jest ze wszystkich stron wodami, które, wydaje się, lada chwila wystąpią z brzegów. Grześ pozbawiony bagażu, lecz napełniony adrenaliną, w mgnieniu oka radzi sobie z przeskoczeniem krytycznego strumienia, zbiega do plecaka i wydobywa go desperacko parę chwil później, nie zważając już dłużej na rwący nurt i fakt, że buty ma pełne wody. W tym momencie obydwoje nie mamy już na sobie suchej nitki i trzęsiemy się z zimna na wietrze, ale w jakiś cudowny sposób zawartość plecaka wydaje się być, oprócz paru papierów, książek i dokumentów, prawie zupełnie nietknięta przez wodę. Wszystko dzięki temu, że przy pakowaniu używamy szczelnych próżniowych worków. Namókł tylko sam plecak, waży chyba pół tony; straciliśmy też niestety pokrowiec przeciwdeszczowy. Przez tą całą operację tracimy ponad godzinę, więc czym prędzej spieszymy do celu. Po drodze są jeszcze dwa spore strumienie, ale teraz już nam wszystko jedno i po prostu brniemy przez nurt, starając się wybierać co płytsze miejsca. Na drugim ze strumieni kłoda drzewa na której stajemy okazuje się być niepodparta, nagle zanurza się i obydwoje lecimy do wody, ale na szczęście kończy się na niewielkich zadrapaniach. Mokrzy i zziębnięci, do celu docieramy tuż przed północą. Dalej wieje i leje. Hotel u podnóża gór (rozchodzi się z niego przyjemne ciepło i cudowne zapachy z restauracji) kosztuje US$350 za noc, dużo powyżej naszego budżetu. Nie pozostaje nam nic innego jak iść po ciemku kolejny kilometr i rozbić się na polu namiotowym. Czujemy się zupełnie pokonani, padamy bez czucia i momentalnie zasypiamy. Rano postanawiamy zjeżdżać z gór pierwszym autobusem.

Jak kogoś w chodzeniu po górach pociągają jedynie widoki, i jeśli zrobi wszystko dla tych paru chwil szczęścia, kiedy odsłonią się góry, kiedy wschodzące słońce oświetli szczyty ciepłym światłem… jeśli komuś wystarczy te kilka chwil, by zrobić TO cholerne zdjęcie… jeśli ktoś znajduje przyjemność non-stop marznąc, moknąc i wsuwając zupki z proszku przez wiele dni z rzędu w oczekiwaniu na pogodę, to patagońskie treki są w sam raz dla niego. Jedno, czego można być pewnym, to tego, że wiatru, deszczu i zimna będzie pod dostatkiem, oraz tego, że w tutejszych górskich schroniskach raczej nie będzie nic do zjedzenia (no, chyba że akurat się utrafiło na porę posiłku i ma się rezerwację…), a wrzątek jest luksusem na który trzeba czekać pół godziny. Tych, którzy prowadzą górskie schroniska w Chile powinno się wysyłać na obowiązkowe szkolenia do Nepalu – z rozrzewnieniem wspominamy jak tam pełniuśki termos herbaty z cytryną wjeżdżał na stół w momencie, jak tylko zajęło się przy nim miejsca, a zmyślnie ukryty pod stołem piecyk przyjemnie grzał zziębnięte nogi :-), podczas gdy tamtejsi górale przyjaźnie zagadywali. Natomiast skandalem jest to, że zarząd parku narodowego zbiera za wstęp równowartość 30 dolarów od osoby i nawet się nie pofatyguje, aby pobudować proste kładki nad strumykami!

Ale co tam, co przeżyliśmy to nasze, wspomnienia mamy niecodzienne :-). Zobaczyliśmy patagońską przyrodę, skarłowaciałe w wiecznych zmaganiach z niepogodą drzewa. Fantazyjne, pokręcone konary, ktoś je nawet nazwał naturalnymi bonsai (co ciekawe, w ogóle nie występują tu gatunki iglaste). W tych rzadkich chwilach rozpogodzenia zrobiliśmy parę zdjęć…, bo góry są rzeczywiście wyjątkowe.

środa, 20 stycznia 2010

Dni 234-239 - Pępek świata. W tajemniczej krainie Rapa Nui.



Mając w ręku bilet lotniczy wokół świata możemy bez dodatkowych opłat zafundować sobie wizytę w tym najbardziej oddalonym od innych zamieszkanych lądów, stale zamieszkanym zakątku świata. Pociąga nas tajemnica kamiennych posągów (zwanych „Moai”), chcemy też sprawdzić, czy naprawdę po drugiej stronie kuli ziemskiej ludzie stoją na głowach ;-) (zbadaliśmy nawet, gdzie jest anty-Polska – miejsce położone dokładnie po przeciwnej stronie globu – wypadło gdzieś na płd-wsch od Nowej Zelandii; Wyspa Wielkanocna jest raczej na terytorium anty-Pakistanu).

Wyspa ma zaledwie 164 km2 powierzchni, a więc prawie o połowę mniej niż terytorium Wrocławia. W języku tubylców określa się ją za pomocą jednej z dwóch nazw – obecnej „Rapa Nui” („wielka Rapa”) i dawnej „Te Pito O Te Henua” („pępek świata”).

Ale jak oni dali radę wtarabanić im na głowę te dwunastotonowe czapki...?

Jeszcze w Chinach wpadła nam do ręki wyjątkowo ciekawa książka, w dodatku w sam raz dla podróżnika. Tytuł to „Upadek” (ang. „Collapse”), autorem jest Jared Diamond, amerykański biologo-ekologo-historyk. Chodzi w niej o los dawnych cywilizacji, powody dla których one wyginęły bądź odniosły poważne uszczerbki, oraz jakie wnioski możemy wyciągnąć z tego my – przedstawiciele dzisiejszych społeczeństw. Muszę przyznać, że włos na głowie się jeży już w trakcie czytania pierwszego rozdziału, w którym są omawiane szkody wyrządzone środowisku naturalnemu stanu Montana w efekcie intensywnej eksploatacji złóż rud metali; tym bardziej, że przecież szkody w takim kraju jak Stany Zjednoczone nie mogą się w żaden sposób równać temu, co się dzieje w wielu krajach Trzeciego Świata czy np. w krajach byłego ZSRR.

Jeden z rozdziałów „Upadku” przedstawia ciekawą teorię autora nt. upadku cywilizacji Rapa Nui na Wyspie Wielkanocnej. Pokrótce, twierdzi on, że w wyniku megalomanii wodzów kilkunastu rywalizujących klanów (chcieli się nawzajem przebić w wielkości i splendorze posągów, które wystawiali swoim przodkom), nastąpiła katastrofa ekologiczna, gdy stopniowo wycięto wszystkie drzewa, które były potrzebne przy transportowaniu i wznoszeniu Moai. Faktem jest, że pierwotne lasy wyginęły bezpowrotnie i że obecnie nie ma na wyspie żadnych drzew oprócz tych, które zasadzono w XX wieku. Między innymi uległ wyginięciu szczególny gatunek palmy, który występował wyłącznie na tej wyspie; najbliższy mu, wciąż żyjący gatunek to palma chilijska, osiągająca 90cm średnicy pnia i 20m wysokości (co czyni ją najwyższą palmą świata); palma z Wyspy Wielkanocnej miała osiągać ponad 2m średnicy pnia, a więc była największą palmą świata zanim nie wyginęła. Gdy już nie było więcej drzew na wyspie, rybacy nie mieli z czego budować swych łodzi i musieli poprzestawać na niewielkich czółnach, które nie nadawały się na wyjście w pełny ocean. Brakowało drewna na opał, gorące posiłki stały się luksusem. Bez drzew postępowała też szybka erozja gleby, a przez to utrata cennych areałów. Stopniowo społeczności wyspy zaczął zaglądać w oczy głód, a co za tym idzie narastały spory między poszczególnymi klanami przeradzające się w końcu w krwawe konflikty. Przodkowie, którzy przecież mieli się opiekować żyjącymi, milczący, zaklęci w wulkanicznym tufie okazałych posągów, nie dbali o los swych potomnych. W miarę upływu czasu posągi zaczęto więc uważać za bezużyteczne. W końcu je w przypływie złości obalano, celowo podstawiając kamień w połowie długości, by uderzający go posąg przełamywał się wpół (do połowy XIX w. nie pozostał ani jeden stojący posąg na całej wyspie). Wyginięciu bądź ucieczce w inne miejsca uległo kilkanaście gatunków ptaków, których wielkie kolonie były obecne na wyspie przed przybyciem ludzi. Coraz większy udział w składzie diety miały szczury (przywiezione w czółnach pierwszych osadników jako pasażerowie „na gapę”), ślimaki i... ludzie. Diamond nawet przytacza powiedzenie, podobno do dziś obecne w języku wyspiarzy jako największa obelga: „wciąż czuję mięso twojej matki między zębami” (!).

Wyspa Wielkanocna leży w strefie subtropikalnej i jest stosunkowo sucha, więc pierwsi osadnicy, przyzwyczajeni do tropikalnych warunków panujących na innych wyspach Polinezji (szybkość odrastania drzew), mogli nie dostrzec w porę konsekwencji tych jakże odmiennych warunków naturalnych. Są jednak i inne teorie. Niektórzy sądzą, że na losie wyspy zaważyła tzw. mała epoka lodowcowa (ok. 1650-1850), czyli wyraźne ochłodzenie klimatu zmieniające warunki wegetacji, co przy relatywnym przeludnieniu wyspy mogło doprowadzić do braków żywności. Inni twierdzą, że upadek cywilizacji nastąpił dopiero po – i w rezultacie – pierwszych kontaktów wyspiarzy z europejczykami. Pierwszy zarejestrowany kontakt – odkrycie wyspy – miał miejsce 5-go kwietnia 1722 roku (w niedzielę Wielkanocną – stąd nazwa), kiedy to holenderski żaglowiec zacumował u wybrzeży i pozostał tam przez tydzień. Co interesujące, tubylcy ponoć nie wydawali się bynajmniej zaskoczeni widokiem obcych, co więcej – białych. Drugi zarejestrowany kontakt miał miejsce w roku 1770 (Hiszpanie), trzeci w 1774 (kapitan Cook). Zapiski w dziennikach pokładowych tych statków mówią o zielonej i żyznej wyspie, praktycznie wylesionej, lecz nie objawiającej oznak niedostatku. Posągi w zdecydowanej większości wciąż stały na swych piedestałach w roku 1774, choć wydawały się zaniedbane. Dopiero relacje z poł. XIX w. mówią głównie o zwalonych posągach. Z tego niektórzy wysnuwają teorie o nieudokumentowanych wizytach innych europejskich gości (piratów czy handlarzy niewolników), które to miałyby w jakiś sposób zakłócić spokojne życie na wyspie; ponadto w pierwszej poł. XIX w. wyspiarze mieli być jakoby wrogo nastawieni do przepływających statków. Podważa się też hipotezę Diamonda o niemożności korzystania przez wyspiarzy z zasobów oceanów przy utracie zdolności budowania solidnych łodzi rybackich ze względu na brak drewna – kultury polinezyjskie bowiem świetnie znały sztukę budowania łodzi z trzcin, których akurat na Wyspie Wielkanocnej jest pod dostatkiem (sami widzieliśmy półnagiego wyspiarza ćwiczącego pływanie na trzcinowej tratwie po jeziorze-kraterze przed tradycyjnym wielobojem mającym miejsce na pocz. lutego). Z trzcin budowano łodzie lub katamarany nawet 400-osobowe, z żaglami, z pewnością zdolne do rejsów oceanicznych. Również twierdzenia o kanibalizmie w rezultacie zagłodzenia przeludnionej społeczności są poddawane w wątpliwość. Słowem, poza niepodważalnym faktem, że na wielu płaszczyznach miała tu miejsce katastrofa ekologiczna, jak było naprawdę pewnie nigdy się nie dowiemy.



Co jednak wiemy na pewno i co jest wyjątkowo smutne to to, jaki był rzeczywisty i praktyczny koniec cywilizacji Rapa Nui. W latach 60-tych XIX w. peruwiańscy handlarze niewolników wielokrotnie najeżdżali wyspę i wywieźli bądź zabili ok. 1500 osób, co stanowiło połowę ówczesnej populacji. Niedobitki zdołały po paru latach powrócić na wyspę, niestety przywlekli ze sobą też epidemię czarnej ospy, która dodatkowo zdziesiątkowała resztę mieszkańców. Wybuchły wojny plemienne o terytoria po właścicielach pomarłych na zarazę, szerzył się głód. Dodatkowo w 1867 r. misjonarz francuski Eugène Eyraud przywiózł na wyspę gruźlicę, w czego efekcie z pozostałych 1200 osób zmarła jedna czwarta. Następne lata przyniosły kolejne tragedie w postaci wywózki większości mieszkańców na Tahiti i wyspy Gambier. W 1871 r. ostało się 171 osób, głównie starszych mężczyzn, a sześć lat później już tylko 111, z czego 36 miało potomstwo. Z tej grupki ludzi wywodzą się wszyscy obecni autochtoni (stanowiący i tak jedynie 60% z niecałych 5000 mieszkańców w dzisiejszych czasach). Bezpowrotnie utracono więc ciągłość cywilizacyjną, np. przekazy ustne, dzięki którym może dowiedzielibyśmy się więcej o tym, jak rzeczywiście rozegrała się historia tego wyjątkowego społeczeństwa.




***

Już od pierwszych kroków postawionych na tym zagadkowym lądzie bardzo nam się tu podoba. Wita nas tradycyjnymi polinezyjskimi wieńcami kwiatów Roberto, meteorolog lotniskowy, z którym jeszcze przed przybyciem załapaliśmy kontakt przez internet. Dach nad głową zapewnia nam Diana, Szwajcarka zamieszkująca tu już od parunastu miesięcy. Ponadto poznajemy Basię i Łukasza, przemiłą parę z Krakowa, oraz Alexię, nauczycielkę z Niemiec i Anette, Nowozelandkę, która postanowiła sama na motorze przejechać obie Ameryki i prawie jej się udało – po udanym pokonaniu pierwszych 50000km miała wypadek 200km od mety w Ushuaia.

Po tak udanym wstępie pierwsze kroki kierujemy do biura LAN Chile by od razu przedłużyć sobie pobyt tutaj z dwóch do pięciu dni.



Pogoda nam bardzo odpowiada. Gorąco ale nie nadmiernie. Miła odmiana po "zimowym" chłodzie Mexico DF. A przede wszystkim zupełnie inny nastrój od tego, jakiego się oboje spodziewaliśmy. Ta wyspa bynajmniej nie jest celem wycieczek grupowych, ani nie ma tu kurortu na miarę Cancun lub Miami. Właściwie można by powiedzieć, że jest tu wyjątkowo pusto. By jeszcze bardziej dopomóc naszej potrzebie izolacji od ewentualnych rozwrzeszczanych grupek turystów pożyczamy auto i w grupie pięcioosobowej eksplorujemy okolice.

Okazuje się, że jest tu nawet jedna ładna plaża oraz miejsca zdatne do surfingu.

czwartek, 14 stycznia 2010

Dni 228-233 - Mexico DF. Kościoły i cukiernie.



Ostatnie parę dni w Meksyku spędzamy w mieście Meksyk (tu zwanym po prostu DF – od „Distrito Federal”) u Ofelii i Daniela, którzy goszczą nas u siebie w domu. Wbrew naszym oczekiwaniom jest bardzo zimno (wprawdzie aż +6ºC), tak, że zamykają szkoły - budynki z reguły nie mają tu ogrzewania.

W zaliczaniu muzeów zbyt silni nie jesteśmy, tak więc niezliczone (podobno światowej sławy) muzea zostawiamy sobie na kiedy indziej. Zwiedzamy jedynie dom-muzeum Fridy Kahlo i Diego Rivery (nie możemy się nadziwić, że Frida nie wpadła na to, aby zgolić sobie wąsy, przecież widziała jak wygląda, bo malowała głównie swoje autoportrety :).



Próbujemy za to chociaż „liznąć” niezliczone architektoniczne perełki Meksyku, udaje nam się znaleźć i oglądnąć kilka zaniedbanych konstrukcji Felixa Candeli, głównie stacje metra i hale targowe, których oprócz nas nikt tu nie ogląda i nad którymi nikt się tu zbytnio nie rozczula, więc powoli ulegają niszczącemu działaniu czasu.

W mieście Meksyk znajduje się największy uniwersytet obu Ameryk – UNAM (Universidad Nacional Autónoma de México), na którym studiuje ponad 300 tys. studentów. Na jego terenie zbudowano niedawno ciekawe architektonicznie muzeum MUAC (Museo Universitario de Arte Contemporáneo).



W Meksyku jest straaaaaasznie dużo kościołów. Podobno istnieje nawet miasteczko, o którym mówi się, że ma 365 kościołów – inny na każdy dzień roku. W tym kontekście znowu przewija się nazwisko Felixa Candeli – niesamowite, że w tradycyjnym Meksyku w już w latach 50-tych i 60-tych powstawała taka jak na owe czasy nowoczesna architektura, a w naszej biednej Polsce do dziś buduje się „nowe” repliki kaplicy zygmuntowskiej.

Kościoły kościołami, a na nas największe wrażenie robią... cukiernie. Bez przerwy jemy ciasta, drożdżówki, serniki... bo nie da się obok nich obojętnie przejść!



Nie obeszło się bez wizyty w Teotihuacan, imponujących ruinach cywilizacji pre-azteckiej:

piątek, 8 stycznia 2010

Dni 224-227 - Oaxaca



Przyjeżdżamy do Oaxaca nad ranem, po nieprzespanej nocy w autobusie. Od razu widzimy różnice pomiędzy zamerykanizowanymi Jukatanem i Półwyspem Baja, i tym, popularnym wśród turystów, a jednak urokliwym miejscem. Nareszcie normalne, tętniące życiem miasteczko. Atmosfera jest świąteczna, bo dziś Trzech Króli. Wszędzie festyny, stragany z balonikami, na głównym placu ogromna szopka. Tak duża, że można przez nią spacerować. Z okazji Trzech Króli piecze się wielkie drożdżowe wieńce, którymi podobno należy się świątecznie podzielić. Też sprawiamy sobie taki wieniec (najmniejszy jaki jest to znaczy o średnicy jakichś 30 cm :) i o mało nie łamiemy sobie zębów na małym plastykowym „jezusku”, którego obecności w cieście wcale się nie spodziewaliśmy. Z ciekawostek obyczajowych: „jezusek” nosi majtki :)
Zaszywamy się w kawiarni i nadrabiamy zaległości w kontaktach ze światem. Nazbierało się tego po świętach. Dzień upływa nam na planowaniu i pisaniu. Robimy pierwsze przymiarki do wizyty w mieście Meksyk, czyli po tutejszemu Mexico DF (Distrito Federal).

Oaxaca pachnie czekoladą. Są tu niezliczone sklepiki, gdzie mieli się ziarna kakao z przeznaczeniem na czekoladę oraz na „mole”, czyli specjalną pastę-sos, w którym jednym ze składników jest kakao, innym ostra papryka, a którą podaje się do mięsa. Odkrywamy wspaniałą halę targową, gdzie oprócz owoców i warzyw jest mięso, ryby, pieczywo. Można tutaj też zjeść, a niektóre miejsca są tak popularne, że nie idzie się dopchać. To dobry znak! Znajdujemy zadymioną uliczkę z grillami, gdzie zapach jest tak wspaniały, że trudno przejść obojętnie. Do mięsa podawane są świeżutkie warzywa, pieczony na grillu w całości świeży szczypior, który skropiony limonką ma wspaniały orzeźwiający smak, sałatka z opuncji, którą jemy tu po raz pierwszy w życiu i ogłaszamy hitem nr 1, a także pieczone na grillu ostre papryki chili, również skropione limonką, i oczywiście wszechobecne tu guacamole.