wtorek, 26 stycznia 2010

Dni 241-245 - Torres del Pain(e)



Zatęskniliśmy za wysokimi górami, postanawiamy więc zacząć nasze ponowne spotkanie z Ameryką Południową od Parku Narodowego Torres del Paine. Z entuzjazmem robimy przygotowania, kupujemy prowiant, wypożyczamy namiot. Trochę z przerażeniem patrzymy na tłumy turystów, którzy tu zjeżdżają głównie z Francji, Szwajcarii, Niemiec i Holandii. Pocieszamy się jednak, że gdzieś się oni zgubią w bezmiarze Patagonii. Wyruszamy raniutko do Parku Narodowego, gdzie okazuje się, ze turyści zwożeni są masowo niezliczonymi autokarami. Nie zapowiada się za dobrze...

Zaplanowaną trasę zamierzamy pokonać w 6 dni, i aby choć troszkę wyminąć tłumy postanawiamy iść w kierunku przeciwnym do najbardziej popularnego. Pogoda nienajlepsza, ale według prognozy ma się wypogodzić w ciągu najbliższych 3 dni, a więc dokładnie wtedy, kiedy dotrzemy do najbardziej spektakularnych miejsc.

Powtórnie (pierwszy raz w Mongolii) zdajemy sobie sprawę z tego, że Europa ma wyjątkowo łagodny klimat jak na swoją szerokość geograficzną, głównie za sprawą ciepłego prądu Zatokowego (Golfstrom). Torres del Paine leży w południowej części Patagonii, na szerokości geograficznej porównywalnej z Polską, a jednak trudno sobie wyobrazić dwa bardziej różne światy, takie są różnice klimatu. Warunki na półkuli południowej są zupełnie inne, wynikają one głównie z nieobecności większej masy lądu w tej części świata – oczywiście poza Antarktydą, ale ta raczej przyczynia się do schładzania klimatu. W Patagonii wieje często bardzo silny wiatr. Momentami wieje tak silnie, ze dosłownie zwala z nóg. Chmury na niebie pędzą w szalonym tempie. Ma się ten wiatr gdzie rozpędzać, w końcu niepowstrzymywany żadnymi przeszkodami hula kędy chce w koło Antarktydy. Jedynie ostro zakończony klin Patagonii wbija się w ten nieposkromiony żywioł. W południowej Patagonii zachodnie wiatry wieją praktycznie non-stop, niosąc ze sobą znad południowego Pacyfiku masy wilgotnego powietrza. Gdy masy te napotykają łańcuch Andów, wznoszą się i oziębiają, a co za tym idzie następuje kondensacja, powstają chmury i cała ta woda, która odparowała z powierzchni oceanu, w postaci opadów deszczu i śniegu powraca na powierzchnię ziemi. Im bliżej wybrzeża Pacyfiku – w zachodniej, chilijskiej części – tym więcej pada. W Torres del Paine praktycznie każdy dzień przeplatany jest deszczami, mimo że najczęściej krótkotrwałymi to wyjątkowo ulewnymi. W Andach patagońskich średnie roczne opady dochodzą do 10.000 mm(!), co czyni je jednym z najmokrzejszych miejsc świata.

Dzięki tak ogromnej ilości opadów, przy specyficznej rzeźbie terenu i wysokości nad poziomem morza zapewniającej odpowiednio chłodny klimat, istnieją tu idealne warunki dla tworzenia się lodowców. W całej Patagonii istnieją dwa ogromne pola lodowe: mniejsze Północne i większe Południowe. To ostatnie to największe (po polu lodowym St. Elias-Kluane-Malaspina-Eastern Chugach na Alasce) pole lodowe świata, z wyłączeniem regionów polarnych. Zajmuje teren prawie 17 tys. km2 (1/20 powierzchni Polski) ciągnąc się nieprzerwanie przez 350 km. Właśnie na jego południowych krańcach leży Park Narodowy Torres del Paine. Lodowiec Gray to jęzor, którym masy lodu spływają tu do jeziora o tej samej nazwie.



Pierwsze kilometry idziemy wzdłuż jego brzegu. Po powierzchni pływają oderwane kawałki nieskazitelnie czystego, błękitnego lodu. Wielka, niezmierzona masa lodu czai się w oddali… Trasa jest bardzo łatwa, właściwie spacer. Idzie się po terenie położonym między 200 a 400 metrów n.p.m., ale widoki są dramatyczne ze względu na duże względne różnice wysokości – wysoko w górze królują majestatyczne trzytysięczniki. Pierwszy i drugi dzień wędrówki upływają nam podobnie. Trekking, rozbijanie namiotu w pośpiechu, bo albo pada albo już zbiera się na deszcz, jedzenie w pośpiechu, bo albo pada albo już zbiera się na deszcz, wsłuchiwanie się w nocy w złowrogie huczenie wiatru. Przeszkadzają nam tłumy. Są wielkie ilości chilijskiej młodzieży, w końcu to styczeń, czyli ich letnie wakacje. Tego typu miejsca mają taką tendencję, że nas męczą. Krajobrazy owszem przepiękne, ale na wąskich ścieżkach ciągle trzeba przystawać, kogoś przepuszczać; wieczorem hałasy, imprezy… Myślimy sobie: zupełny brak kultury chodzenia po górach. Silne wiatry sprawiają, że nie jest przyjemnie wieczorami siedzieć na zewnątrz i odpoczywać napawając się widokami. Co wieczór rozbijamy namiot i czym prędzej zaszywamy się w nim. Chyba się nam przestaje chcieć. Niemiłosiernie zimno jak na sam środek lata... tzn. tutejszego lata... najcieplejszy okres roku, cha cha. Nie bez przyczyny tubylcy nazywają Patagonię Putagonia, od „la puta” – po hiszp. k…a :-). Wędrowcy nieraz dają tu za wygraną, wiatry i chłody zdecydowanie nigdy.

Trzeciego dnia budzimy się rano i postanawiamy pójść w góry bez plecaków, zostawiając wszystko na łasce losu (i maluśkiej kłódeczki) w namiocie. Poranek dość pogodny, widać szczyty gór. Słońce walczy dziś dzielnie z chmurami i co chwila przyjemnie przygrzewa. Nagle w okamgnieniu pogoda się zmienia i zaczyna lać ulewny deszcz. Poddajemy się, nie mamy siły i ochoty iść kolejny dzień w deszczu i huraganowym wietrze, w mokrych butach i ciuchach, tylko po to by zamiast gór zobaczyć stalowe chmury. Zarządzamy odwrót. Wracamy na kemping i pakujemy graty. Po krótkim ogrzaniu się w schronisku wyruszamy w drogę, mimo że leje jak z cebra i wieje porywisty wiatr. Jest czwarta po południu. Wszystko mamy maksymalnie mokre, więc to, że pada nie robi nam szczególnej różnicy. Chcemy już być gdzie indziej. Do przystanku autobusowego jedyne 11 km po stosunkowo płaskim terenie (wg mapy powinno zająć 3-4 godziny). Gna nas myśl o ciepełku kominka, gdy wreszcie dotrzemy do cywilizacji... Pierwszy napotkany strumień jest tak wezbrany, że jedyny sposób aby go pokonać, to wspiąć się na rosnące tu bardzo użytecznie drzewo i zeskoczyć z gałęzi na drugi brzeg. Każda następna napotkana osoba ostrzega nas przed przekraczaniem kolejnej rzeki, której wody podobno tak wezbrały, że stało się to bardzo trudne – jednym zajęło to dwie godziny, trzymając się w czwórkę za ręce musieli brodzić po kolana w rwącym nurcie. W duchu uśmiechamy się do samych siebie, dla nas przecież to „bułka z masłem” po rozszalałych strumieniach Himalajów.

Po chwili już widzimy o co chodzi. Ową rzekę tworzą cztery wezbrane strumienie, między którymi zostały niewielkie, kamienne wysepki. Na szczęście teren jest dość płaski, jedynie delikatnie opada w kierunku oddalonego o kilkaset metrów jeziora, do którego to złowrogo hucząc podążają wezbrane wody. Długi czas łażąc tam i z powrotem wzdłuż brzegów szukamy jako takiego przejścia. Wreszcie po dłuższej chwili udaje się nam pokonać dwa z czterech strumyków i lądujemy na wąskim pasku kamieni, który od stałego lądu dzieli największy z potoków. Tu nasze nadzieje na przejście względnie suchą nogą zupełnie bledną. Próbujemy zbudować bród (cha, cha), ale głazy wrzucane w tym celu do wody w okamgnieniu z gruchotem znikają w nurtach silnego prądu. Na dodatek wysepka, na której stoimy niepokojąco się pomniejsza w miarę jak tracimy „materiał budowlany”. Na szczęście z przeciwnej strony nadchodzi jakiś chłopak, któremu udaje się strącić z sąsiedniego brzegu olbrzymi głaz, który tworzy przy pionowej skarpie brzegu dobry punkt oparcia. Mamy teraz między nami a brzegiem trzy takie punkty, zanurzone tylko nieznacznie w wodzie. Basia idzie na pierwszy ogień przytrzymywana z jednej strony przez Grzesia, a z drugiej łapana przez owego chłopaka. Następny w kolejce on. Z jednej strony trzyma się Basi, potem tylko dwa skoki wprost w objęcia Grzesia. Znów zostajemy sami. Nieszczęśliwie, jeden z naszych krytycznych punktów podparcia jest już ledwie widoczny w wodzie, czy to przez dalsze wezbranie strumienia, czy też przez to, że dwie osoby już go trochę przesunęły. Grześ utknął na środku, na niewielkim głazie i ma na ten znikający w nurcie, podwodny punkt oparcia wycelować. Waha się jednak przez dłuższą chwilę, bo wiatr zwala z nóg, do tego ciężki plecak... Z jego perspektywy jedynym rozsądnym wyjściem z sytuacji jest przerzucenie plecaka na drugą stronę. Z brzegu widać, że ta operacja nie ma szans powodzenia, bo niezwykłą sztuką byłoby w tym wietrze dorzucić plecak do znajdującego się dużo wyżej brzegu, ale Grzesiowi z perspektywy środka strumienia wydaje się to rozwiązaniem najlepszym. Najpierw rzuca namiot, który jakoś dolatuje, a następnie wśród energicznych i kwiecistych protestów Basi, plecak. Nieszczęśliwie, w momencie wyrzucania kamień, na którym Grześ stoi, obsuwa się, a plecak, pozbawiony dostatecznego rozpędu, nie dolatuje, odbija się tylko od brzegu i znika w nurtach rzeki. Przez parę chwil patrzymy z rozpaczą jak plecak lawiruje w zawrotnym tempie między kamieniami, dużo szybciej niż my bylibyśmy w stanie biec… Dopływa do miejsca, gdzie strumienie się łączą w jeden rwący nurt, i ze zdwojoną siłą pędzi w stronę widocznego w dole jeziora. No, myślimy oboje, jeśli chodzi o plecak, to byłoby na tyle. Odwiedziliśmy tyle krajów, wrzucaliśmy go na paki autobusów, podróżowaliśmy różnymi podejrzanymi środkami komunikacji, odbyliśmy całkiem sporo lotów, a bagaże zawsze niezawodnie dojeżdżały całe i zdrowe. A tu sami z własnej woli wrzucamy plecak do rwącej rzeki!:-) Przez głowę przebiegają rozpaczliwe wspomnienia: paszport, aparat... Nagle, gdy oboje już się szykujemy na nurkowanie w lodowatym jeziorze, dostrzegamy, że plecak zatrzymał się jakimś cudem na kamieniu… Teraz obmywany jest ze wszystkich stron wodami, które, wydaje się, lada chwila wystąpią z brzegów. Grześ pozbawiony bagażu, lecz napełniony adrenaliną, w mgnieniu oka radzi sobie z przeskoczeniem krytycznego strumienia, zbiega do plecaka i wydobywa go desperacko parę chwil później, nie zważając już dłużej na rwący nurt i fakt, że buty ma pełne wody. W tym momencie obydwoje nie mamy już na sobie suchej nitki i trzęsiemy się z zimna na wietrze, ale w jakiś cudowny sposób zawartość plecaka wydaje się być, oprócz paru papierów, książek i dokumentów, prawie zupełnie nietknięta przez wodę. Wszystko dzięki temu, że przy pakowaniu używamy szczelnych próżniowych worków. Namókł tylko sam plecak, waży chyba pół tony; straciliśmy też niestety pokrowiec przeciwdeszczowy. Przez tą całą operację tracimy ponad godzinę, więc czym prędzej spieszymy do celu. Po drodze są jeszcze dwa spore strumienie, ale teraz już nam wszystko jedno i po prostu brniemy przez nurt, starając się wybierać co płytsze miejsca. Na drugim ze strumieni kłoda drzewa na której stajemy okazuje się być niepodparta, nagle zanurza się i obydwoje lecimy do wody, ale na szczęście kończy się na niewielkich zadrapaniach. Mokrzy i zziębnięci, do celu docieramy tuż przed północą. Dalej wieje i leje. Hotel u podnóża gór (rozchodzi się z niego przyjemne ciepło i cudowne zapachy z restauracji) kosztuje US$350 za noc, dużo powyżej naszego budżetu. Nie pozostaje nam nic innego jak iść po ciemku kolejny kilometr i rozbić się na polu namiotowym. Czujemy się zupełnie pokonani, padamy bez czucia i momentalnie zasypiamy. Rano postanawiamy zjeżdżać z gór pierwszym autobusem.

Jak kogoś w chodzeniu po górach pociągają jedynie widoki, i jeśli zrobi wszystko dla tych paru chwil szczęścia, kiedy odsłonią się góry, kiedy wschodzące słońce oświetli szczyty ciepłym światłem… jeśli komuś wystarczy te kilka chwil, by zrobić TO cholerne zdjęcie… jeśli ktoś znajduje przyjemność non-stop marznąc, moknąc i wsuwając zupki z proszku przez wiele dni z rzędu w oczekiwaniu na pogodę, to patagońskie treki są w sam raz dla niego. Jedno, czego można być pewnym, to tego, że wiatru, deszczu i zimna będzie pod dostatkiem, oraz tego, że w tutejszych górskich schroniskach raczej nie będzie nic do zjedzenia (no, chyba że akurat się utrafiło na porę posiłku i ma się rezerwację…), a wrzątek jest luksusem na który trzeba czekać pół godziny. Tych, którzy prowadzą górskie schroniska w Chile powinno się wysyłać na obowiązkowe szkolenia do Nepalu – z rozrzewnieniem wspominamy jak tam pełniuśki termos herbaty z cytryną wjeżdżał na stół w momencie, jak tylko zajęło się przy nim miejsca, a zmyślnie ukryty pod stołem piecyk przyjemnie grzał zziębnięte nogi :-), podczas gdy tamtejsi górale przyjaźnie zagadywali. Natomiast skandalem jest to, że zarząd parku narodowego zbiera za wstęp równowartość 30 dolarów od osoby i nawet się nie pofatyguje, aby pobudować proste kładki nad strumykami!

Ale co tam, co przeżyliśmy to nasze, wspomnienia mamy niecodzienne :-). Zobaczyliśmy patagońską przyrodę, skarłowaciałe w wiecznych zmaganiach z niepogodą drzewa. Fantazyjne, pokręcone konary, ktoś je nawet nazwał naturalnymi bonsai (co ciekawe, w ogóle nie występują tu gatunki iglaste). W tych rzadkich chwilach rozpogodzenia zrobiliśmy parę zdjęć…, bo góry są rzeczywiście wyjątkowe.

2 komentarze:

ppuchalski pisze...

Brrrry, w tym miejscu nie jestem pewny czy wam zazdroszczę :-) Choć czytając to w niedzielę wieczór leżąc już w ciepłym łóżku wasze przeżycia brzmią jak nie z tego świata:-) A u nas chyba odwołali wiosnę. Ponownie zasypało śniegiem a prognozy powiadają że coś się zmieni w czwartek. Niech mi ktoś jeszcze powie słowo o ociepleniu klimatu....

Buziaki Puchacze

Greg pisze...

o ociepleniu klimatu napiszemy więcej w kolejnych wpisach... :-)