środa, 5 sierpnia 2009

Dni 68-69 - Chiny/Mongolia

Przed nami nasza do tej pory najdluzsza podroz pociagiem - ponad 30 godzin. Musimy zaopatrzyc sie w prowiant. Postanawiamy dolaczyc do szeregow pozeraczy zupek i kupujemy cztery ogromne kubki o niewiadomych smakach oraz zupelnie tu niepopularne torebki w 'europejskim stylu' o smakach pieczarkowym i kukurydzianym - jedyne dostepne. Po jednej na rano i wieczor. Teraz nie zginiemy. W chinskich pociagach w kazdym przedziale jest wielki termos na wrzatek, ktorego nieograniczona ilosc mozna nalewac z wielkiego 'wrzatkownika' na korytarzu. Jedzenie zupy w pociagu to rytual - krotsze i dluzsze energiczne siorbniecia, dlugie, powazne siorby oraz glutaminianowo-rosolowy zapach sa wszechobecne. Do tej pory czulismy sie troche jak z innej planety bez tej pociagowej zupy. Teraz jestesmy swoi.
Przedzialy sa czteroosobowe - my zajmujemy prycze dolne, co oznacza, ze pozostale dwie osoby beda na naszych lozkach przesiadywac, jako ze na gornych niewygodnie. Za chwile zjawiaja sie nasi wspolpasazerowie. Pierwszy wchodzi i mowi: "Nazywam sie Zolbayar, jestem z Mongolii, jestem projektantem wnetrz a tu jest moj prowiant, jedzcie - i zastawia stolik dobrem wszelakim. No to my tez - "Nazywam sie, jestem..." - cali podjarani, bo to nasz pierwszy w zyciu Mongol. Wkrotce okazuje sie, ze to byl praktycznie caly angielski Zolbayara, co bynajmniej nie stanowi dla niego problemu - nawija plynnie po chinsku, ktorego nauczyl sie przez rok. Angielskiego nauczy sie w tym roku. Kai, druga wspolpasazerka, pol-Chinka pol-Mongolka, zostaje tlumaczka. Zolbayar projektuje. Na swoim laptopie pokazuje nam wizualki wnetrz w stylu podwarszawsko-rosyjsko-mongolskim, jakies utopijno - nowatorskie plany miast, swoj projekt wiezowca. A mysmy chcieli gery. Ale to jeszcze nic - jego firma buduje "Chyngis Hany". Wysokie na ponad 80 metrow, z klatkami schodowymi w srodku, chyba betonowe, pomalowane oczywiscie na zloto. Pokazuje nam mape swiata, na ktorej zaznaczyl idealne lokalizacje dla swoich Chyngis Hanow - jeden wyladuje w Ulan Bator, drugi w Moskwie, wizerunek trzeciego pokrywa mniej wiecej dwie trzecie Europy bo mapa w duzej skali, ale przy odrobinie szczescia wyladuje w okolicach Warszawy; jeden nad wodospadem Niagara... Chyngis Han wkrotce znowu podbije swiat. Na granicy Zolbayar spotyka sie z Chinczykiem, ktory wykonal plastikowy model roboczy (podejrzewamy, ze tak naprawde kupil go na targu) - piekny bo zloty :-). Design Team Meeting (na placu przed dworcem) trwa z godzine, po ktorym to czasie decyduja, ze model idzie do poprawki - kolor troche niedobry, zbyt zloty.
My tymczasem gawedzimy z Kai, ktora mieszka na stale w Nowym Jorku. Do Ulan Bator jedzie z nadzieja odszukania swojej rodziny ze strony ojca, ktora poznala jak miala 3 latka i od tej pory nie mieli zadnego kontaktu. Ojciec dawno nie zyje, a ona nie zna nawet adresu. Ma tez zamiar uczyc sie mongolskiego i gry na jakims harfopodobnym tradycyjnym instrumencie. Postanawiamy razem troche popodrozowac. Dzisiejsza noc mamy zamiar spedzic w gerze, u mongolskiej rodziny, z ktora wczesniej nawiazalismy kontakt mailowy. Jeszcze z Chin, korzystajac z faktu, ze nasza komorka wciaz dziala wysylamy im prosbe czyby nie przenocowali jeszcze jednego, drobniutkiego (Kai jest bardzo niziutka) podroznika. Zaopatrujemy sie w drobne prezenty: zabawki, ksiazeczki, kakao, jakis niemiecki odpowiednik Nutelli, z ktorym Grzes tez, nie ukrywajmy, wiaze duze oczekiwania.
I tak oto z kraju o najwiekszej liczbie ludnosci, wjezdzamy do najslabiej zaludnionego kraju swiata. Pociag sunie przez kompletne pustkowia pustyni Gobi. Powietrze stalo sie suche i przejrzyste. Nareszcie nie ma wszechchinskiej mgly. Gdzieniegdzie pojedyncze gery i male stadka koni, czasem stado wielbladow. Wszystko wydaje sie bardzo malutkie na tych bezkresnych rowninach. Stada koni wydaja sie puszczone samopas, nie ma plotow i ogrodzen.

1 komentarz:

Aga pisze...

Grunt to miec marzenia - nawet takie w kolorze zlotym ;-)

aa