wtorek, 4 maja 2010

Dni 320-343 - Sucre i okolice.



Ponownie idziemy do szkoły, tym razem na cztery godziny dziennie. Trzy tygodnie intensywnej nauki hiszpańskiego chyba przynoszą jakieś rezultaty, bo co nieco rozumiemy i możemy nawet dyskutować na tematy bardziej zaawansowane niż pogoda czy bajki. Wszystko dzięki naszemu nauczycielowi. Zresztą on, Juan José, jak i jego narzeczona Daniela zaprzyjaźnili się z nami bardzo, i mamy wielką nadzieję że nas kiedyś odwiedzą w Europie. Spędzamy razem dużo czasu; mają do nas anielską cierpliwość, bo zawsze rozmawiamy po hiszpańsku, mimo że oboje świetnie znają angielski. Poza nauką hiszpańskiego uczymy angielskiego w tutejszej szkole w ramach woluntariatu, doświadczenie dla nas nowe i ciekawe, choć jest to zajęcie dużo bardziej wymagające niż nam się wcześniej wydawało, i wymaga od nas dość sporego zaangażowania. Codziennie wracamy padnięci po 9-tej wieczorem po dniu wypełnionym zajęciami. Mieszkamy w domu z rodziną jednej z nauczycielek.

Poznajemy także rodaków: Gabi i Dominikę oraz Asię i Tomka, wszyscy podobnie jak my robią sobie przerwę w podróży i korzystają z faktu, że Sucre to tak wspaniale relaksujące i piękne miejsce do nauki. Chodzimy niemal codziennie na wspólne "almuerzo", czyli obiadki-pogawędki.



Sucre to oficjalna stolica Boliwii, choć w praktyce jedynym urzędem państwowym, który tu się wciąż znajduje jest Sąd Najwyższy. Do końca wieku XIX faktycznie była to stolica kraju, a jeszcze wcześniej, za panowania Hiszpanów, siedziba Audiencia de Charcas zwana La Plata, obejmująca swoją jurysdykcją dzisiejsze obszary Paragwaju, północnowschodniego Peru, północnych Chile i Argentyny, i większość Boliwii. Obecna nazwa została nadana w roku 1839, 14 lat po ogłoszeniu niepodległości w roku 1825, na cześć marszałka Antonio José de Sucre, bohatera walk o niepodległość. Miasto znane jest też jako La Ciudad Blanca - białe miasto, ponieważ wszystkie budynki w centrum historycznym są pomalowane na biało. W naszym odczuciu jest to jedno z najpiękniejszych miast Ameryki, a przynajmniej jego kolonialne centrum. Nad miastem królują dwa pobliskie wzgórza, Sica Sica i Churuquella, u podnóży tego ostatniego jest La Recoleta, zabytkowy kompleks klasztorny franciszkanów z dziedzińcem, z którego rozlega się wspaniały widok na miasto i okolice. Prawie codziennie idziemy na La Recoletę napawać się widokiem i piękną o tej porze roku pogodą. Właśnie to jest też następnym powodem, dla którego tak miło spędza się czas w Sucre - dużo jest dni słonecznych, a przy tym nie jest wcale nieznośnie gorąco; wieczory przynoszą zawsze rześkie powietrze. W końcu jesteśmy na 2.800 m n.p.m.



***

Tarabuco



Tkaniny to nieodłączna część boliwijskiej kultury. Każdy region ma swoje własne wzory i kolory, które obrazują tożsamość danej społeczności.

Jedną z bardziej znanych boliwijskich kultur jest kultura Tarabuco, zbiór różnych grup etnicznych zamieszkująca na terenach na wschód od Sucre, w prowincji Chuquisaca, w małych wiejskich osadach, mówiących językiem Quechua. Mieszkańców regionu Tarabuco stosunkowo łatwo rozpoznać: mężczyźni noszą charakterystyczne obszerne poncza w poziome pasy lub "inkus", małe poncza noszone wokół szyi. Kobiety noszą bardzo charakterystyczne Axsu - tkaniny zakładane na spódnice, wyrażające przynależność etniczną. Tkane są one w pasy geometrycznych wzorów, a ich styl wyróżnia bardzo silne poczucie symetrii, miniaturowe sceny z życia społeczności (uprawę pól, typowe zwierzęta rolne, a takze produkcje chichy -popularnego na wsi alkoholu, ceremonie, święta religijne, obrzędy i fiesty) oraz oszczędne, wręcz graficzne użycie kolorów. Zarówno mężczyźni jak i kobiety noszą skórzane hełmy zwane "monteras", które różnią się w zależności od stanu cywilnego, są inne na czas fiesty czy specjalnej okazji.

Swoistym centrum regionu jest mała miejscowość Tarabuco, w której odbywa się coniedzielny targ. Ściągają na niego na osiołkach mieszkańcy okolicznych wiosek aby kupić potrzebne im produkty lub wymienić się tym, co wyprodukowali. Na targu żywności kwitnie handel wymienny. Pod wieczór ładują swoje zakupy na osiołki, zarzucają tobołek z dzieckiem na plecy i wyruszają w długą drogę powrotną do swoich wiosek. Obserwujemy ich kolorowe stroje i zrobione z opony prymitywne sandały, w które również tu w Tarabuco się zaopatrują.

Oprócz targu żywności w Tarabuco jest tez bardziej turystyczna część, gdzie można znaleźć niezliczone sklepiki z tkaninami. Jest cała masa starych, cennych tkanin, wśród których można, jak ma się dużo czasu i samozaparcia, znaleźć naprawdę ciekawe egzemplarze. Ceny tego, co cenne są jednak odpowiednio wysokie - i nic dziwnego, na wyprodukowanie Axsu potrzeba niejednokrotnie, w zależności od wzoru, nawet kilka miesięcy.

Niestety jest to miejsce dosc turystyczne,z najgorszym typem turystów, którzy niedyskretnie, prosto w twarze ludzi celują obiektywy swoich aparatów. Jak wiadomo bieda wychodzi na zdjęciach dość ciekawie. Tak wiec roi się od żebraków, którzy automatycznie wyciągają rękę na widok "białej twarzy", dzieci, które proszą, aby je sfotografować za pieniążka itp.
Prawie kończymy jeść obiad na głównym placu gdy podchodzi do nas jakiś staruszek i chce dojeść resztki z naszych talerzy. Jako że porcje są jak dla chłopa, na talerzach jest jeszcze całkiem sporo. Wymiata wszystko doszczętnie, ponownie obgryza kości. Potem spotykamy go znowu w innym miejscu. Najwyraźniej nas nie poznając znowu mówi, że jest głodny i żeby mu dać na jedzenie...



***

Potolo



W pobliżu Sucre zamieszkuje jedna z najciekawszych wedlug nas grup etnicznych - Jalq'a. Zamieszkują oni pogranicze dwóch prowincji: Chayanta (Departament Potosí) i Oropeza (Departament Chuquisaca). Ich populacja sięga 26,000, żyją na wysokościach pomiędzy 2500 a 3000 m n.p.m. w rejonach, gdzie ziemie uprawne są słabe i zerodowane, dużo słabsze niż u ich sąsiadów w Tarabuco. Zajmują się uprawą ziemniaków, kukurydzy, warzyw i owoców na niżej położonych terenach. Hodują także owce, kozy i osiołki. W regionie nie ma dróg, tak więc transport jest bardzo trudny. Nic dziwnego, że są to rejony bardzo biedne, bez alternatywnych źródeł dochodu.

Jalq'a ma jednak niezwykle bogactwo kulturowe wyrażane w mitach, legendach, muzyce, tańcach i rytuałach, a ponad wszystko w niezwykle oryginalnych ubiorach. Tkaniny z tego rejonu należą do najpiękniejszych i najbardziej cenionych w Ameryce Południowej - mają niezwykle złożoną konceptualno-etniczno-estetyczną zawartość.

Tak jak w przypadku Tarabuco, prawie w całości biały ubiór, na który mężczyźni nakładają czarne poncho, są charakterystyczne. Kobiety noszą białe meloniki i Axsu (zdobny kawałek tkaniny upinany na spódnicę) w niezwykłe wzory zwane Pallay. Pallay z rejonu Jalq'a jest w kolorach czarnym i czerwonym i przedstawia mieszaninę dziwnych , przeważnie surrealistycznych postaci zwanych Khuru, które należą do świata ciemności - Ukhu Pacha. Ukhu Pacha to kraina nietykalnej głębi i ciemności, mityczne, odlegle miejsce, świat nieładu, śmierci, strachu... Zamieszkują go Khuru, mityczne istoty, które według wierzeń Jalq'a ukazują się ludziom w miejscach odludnych i odległych. Dzieciom opowiada się przerażające, rodzące strach historie o Khuru. Postacie Khuru są tak różne jak różna może być ludzka wyobraźnia. Mogą to być postacie przypominające diabła, z garbami, rogami, ogromnych rozmiarów skrzydłami, językami, dziobami, pazurami, postacie o wielu głowach, o zdeformowanych tułowiach. Czasem przypominają znane zwierzęta takie jak lwy, małpy czy kondory. Czasem we wnętrzu Khuru umieszczane są inne potwory, tzw. Wawa, co obrazuje, że te pozaziemskie kreatury się rozmnażają. Nie ma rozróżnienia na osobniki męskie lub żeńskie, ani na gatunki. Rodzic nie przypomina potomstwa: ssak może nosić w sobie węża, ptak pumę, koń psa. Nigdy nie jest do końca jasne gdzie jeden Khuru się kończy a zaczyna inny, kolory i postaci się zazębiają i przenikają, i w ten sposób tworzy się chaos - najbardziej charakterystyczna cecha Pallay z regionu Jalq'a.

Istoty realne są często ukazywane na Pallay - kozy, lamy, psy, koty, krowy, ptaki - jednak ich postaci są z reguły zdeformowane. Pojawia się kondor - symbol siły i wolności, małpa - symbol zręczności, a także ludzie, którzy zdają się ginąć w tym nieludzkim świecie; są zwykle małych rozmiarów, zamarli jakby w statycznych pozach pośród o wiele większych i przerażających Khuru, zdają się nie pasować do ich świata. Postaci ludzkie są czasem przedstawione w pozycji siedzącej na lamach, co także jest przedstawieniem nierealistycznym, gdyż delikatna lama nie jest w stanie unieść człowieka. Jednym z najbardziej charakterystycznym Khuru jest Jerobado - postać z garbem wyrastającym z głowy lub tułowia. Jerobado ma także zakręcony ogon i otwartą, pełną kłów paszczę, oraz długi język. Podobny do Jerobado jest Griffin, skrzydlaty Khuru z zakręconym, spiralnym ogonem. Światem Ukhu Pacha rządzi Supay, *zwany tez Saxra. Przypomina on chrześcijańskiego diabla i jest obecny na każdym Axsu.

Ponieważ swoistym centrum tkackim regionu jest wioska Potolo, postanawiamy się tam wybrać. Już w Sucre okazuje się, że to niezła wyprawa. Przede wszystkim nie ma autobusu, zostały nam ciężarówki. Ładujemy się na jedną z nich i na własnej skórze (czyt. d*pie) doświadczamy przyjemności boliwijskiego podróżowania. Po może pół godziny jazdy ciężarówka staje w olbrzymim korku - policyjny posterunek. Nie wiemy co jest kontrolowane, wiemy tylko, że tracimy ponad godzinę czasu w kurzu drogi i palącym słońcu. Wreszcie droga wolna. Widoki przepiękne, choć z uwagi na wszechobecny kurz nie odważamy sie nawet wyciągać aparatu. Wreszcie docieramy do Potolo. I tu rozczarowanie. Okazuje się, że muzeum tkanin się dopiero... buduje. Owszem, będzie można je zwiedzać, ale dopiero za jakieś trzy tygodnie - tak nam mówi pani z jakiejś rządowej inspekcji, która budowę tegoż muzeum nadzoruje. No to jesteśmy uziemieni. Następny autobus do cywilizacji dopiero jutro rano, na stopa nie ma za bardzo co liczyć, bo nic tu nie jeździ. Rządowa inspekcja wraca dziś wieczorem do Sucre swoim nowiutkim autem 4x4, ale nie wolno im brać pasażerów na pakę, przynajmniej tak mówią. Ale nie dajemy za wygraną. Dostrzegamy jakiś ruch w ciężarówce, która przywozi zaopatrzenie na budowę. Co za ulga - rzeczywiście zaraz wracają do Sucre. Wskakujemy szczęśliwi na pakę, wraz z jakąś lokalną rodziną usadawiamy się na workach z suchymi kolbami kukurydzy, i w drogę. Po jakichś 45 minutach nasza ciężarówka staje i kierowca mówi, że niestety zapomniał z wioski jakiegoś towaru. No nic - musimy wracać. I tak nie mamy alternatywnego środka transportu, tak więc jedziemy z powrotem. W wiosce doładowują nam wiadra z farbami i butle od gazu które widocznie trzeba naładować; wskakuje jeszcze jakiś człowiek i znowu w drogę... W kolejnej wiosce na pakę wsiada następna rodzina, jedziemy jakieś piętnaście minut, po czym przypomina im się, że zapomnieli portfela i przecież nie mogą bez pieniędzy jechać do miasta. Chce nam się w tym momencie autentycznie płakać. Ile razy jeszcze będziemy jeździć tam i z powrotem po wertepach gruntowej drogi, na skraju olbrzymiej przepaści, w prawie zupełnych ciemnościach. W międzyczasie zrobiło się też bardzo zimno, bo słońce zaszło za góry, kolby kukurydzy przestały być wygodne i generalnie mamy dość. Przez następne kilometry zakładamy na siebie wszystkie nasze ciuchy i jakoś przeżywamy tą podróż w zimnie, kurzu, z wygrawerowanymi kolbami suszonej kukurydzy w miejscach, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę.

Brak komentarzy: