niedziela, 14 czerwca 2009

Dzien 17 - Malezja

I znowu jestesmy sami, tzn. we dwojke. Wstajemy raniutko, pakujemy graty i pedzimy na dworzec lapac autobus do granicy tajskiej, odleglej o jakies 40km. Wszystko idzie jak po masle, wymieniamy ostatnie malajskie ringgity na tajskie bahty i opuszczamy Malezje. Przechodzimy przez graniczny most i juz nam Tajowie mierza temperature i kaza wypelniac swoje druczki. Za chwile, po odczekaniu w kolejce, jestesmy przy okienku. I tu, hmm, jest maly zgrzyt. Bardzo uprzejmy pan, popisujac sie swoja znajomoscia geografii ("...Poland? Polski! to kolo Germany i Russia!..."), tlumaczy nam, ze owszem, mozna dostac tajska wize na granicy, ale nie na tym przejsciu. My mamy sobie wyrobic wizy w konsulacie w Kota Bharu...

Cofamy sie jak niepyszni. Poczatkowa konsternacja po stronie malajskiej (przypominamy sobie historie czlowieka, ktory od paru lat "mieszka" na ktoryms z lotnisk w Stanach, gdyz zadne panstwo nie chce mu dac wizy). Nie wiedza, czy nas przyjac od nowa, czy cofnac cala procedure opuszczenia kraju. W koncu kaza nam zrobic to drugie. Wracamy do miasta, gdzie potulnie zglaszamy sie do tajskiego konsulatu-wizy mamy miec jutro o 11-tej.

Wieczorem odnajdujemy jedyny w tym islamskim miescie kosciol katolicki. Na mszy razem z nami moze 15 osob. Za to oprawa muzyczna nie do pobicia-wiekszosc spiewow z gitara i... perkusja! Msza w zasadzie cala po angielsku, z wyjatkiem "Ojcze Nasz" i "Baranku Bozy" (i tu czesto pojawia sie slowo "Allah" - !?).

Po mszy wszedzie sie blyska. Na nasze szczescie jeden ze wspoluczestnikow zauwaza nas stawiajacych nieco zagubione kroki po ciemku wzdluz trasy szybkiego ruchu, i zatrzymuje swoja terenowa Toyote. Oferuje, ze nas podwiezie do hotelu (chyba bardzo biednie wygladamy :-)), co sie okazuje trafione o tyle, ze moment potem mamy kolejne juz w Malezji masywne oberwanie chmury.

1 komentarz:

Marek pisze...

Czesc Dzieciaki, z przyjemnoscia podrozujemy z wami. Grazyna