poniedziałek, 6 lipca 2009

Dni 35-39 - Kambodza

Angkor Wat to najczesciej uzywana nazwa kompleksu ruin. Pochodza one z okresu swietnosci poteznego imperium Kmerow, najstarsze z ok. VIII w. n.e., ostatnie z okolic XIII w. Sa rozrzucone na terenie o wielkosci mniej wiecej calego Wroclawia, poprzedzielane dzungla, polami uprawnymi i wioskami. Zajelo nam trzy dni aby choc troche zglebic wspanialosci tego miejsca.

Scisle rzecz biorac, nazwa dotyczy najwiekszej swiatyni z calej grupy obiektow w okolicach Siem Reap.

Budzimy sie rano, troche pozniej niz planowalismy bo ok 6.00. Plan byl taki, ze jedziemy do Ankor Wat na wschod slonca, bo "tak tu trzeba", ale niebo zasnute chmurami, wiec my spowrotem w kimono. Okolo osmej, juz wyspani, wypozyczamy rowery (Grzes ma troche przykurczone kolana jakby mial rower mlodszego kambodzanskiego brata) i wyruszamy w kierunku ruin. Ja robie przed hotelem troche zamieszania, bo nagle czuje ze cos ciezkiego laduje mi na czapce. Podnosze wzrok i widze tylko jakis cienki, szary ogon majtajacy na wysokosci mojej twarzy. Reszte, najprawdopodobniej jaszczurke, na szczescie zakrywa daszek czapki. Na wszelki wypadek krzycze co sil w plucach. "Lady, lady - no problem" - hotelowe chlopaki maja niezly ubaw, ale z powaga przychodza mi na ratunek.

Jakos manewrujemy wsrod tuk-tukow i calego innego towarzystwa - nadjezdzaja z kazdej strony, wlaczaja sie do ruchu nie patrzac, cale rodziny, scinaja zakrety, cztery, piec osob na jednej motorynce, dwie osoby i dwie swinie na jednej motorynce, kierowca i ze dwadziescia zywych, dyndajacych na poprzecznie przewieszonym przez ramie dragu kaczek na jednej motorynce, facet i olbrzymia klatka z prosiakami na jednej motorynce, piecdziesiat kanistrow z benzyna na jednej motorynce - jak oni to robia? I jeszcze do nas machaja! A mysmy nie wiedzieli o co chodzi jak nas we dwojke z plecakami jakis facet chcial podwiezc taka sama motorynka. Przeciez sie da! Nastepnym razem sprobujemy :-)

Wreszcie wjazd do Angkor - troche bardziej cywilizowany niz myslelismy, zamiast dzungli jakiej oczekiwalismy, porzadne budki z biletami i szeroka, asfaltowa droga do swiatyn.

Jak mozna sie bylo spodziewac, jak na atrakcje tego kalibru (Angkor Wat uwazany jest przez niektorych za jeden z cudow swiata), miejsce jest nieslychanie turystyczne. Jako ze nie jest to pelnia sezonu turystycznego, ktory przypada tu na pore sucha (europejska zima), sprzedajacy maja zdecydowana przewage nad kupujacymi. Parkujemy rowery oganiajac sie od chmary dzieci probujacych nam sprzedac wode, widokowki, bransoletki, przewodniki... Wszystkie mowia po angielsku, wszystkie walcza o klienta jak stare przekupki. Turysci oganiaja sie od nich jak moga i probuja nie nawiazywac rozmowy, bo to jak polkniecie przynety. Tez znieczulamy sie na wpolczucie - nie mozna od wszystkich kupic wody do picia.
Jak sie potem okazuje, rozmowa zawsze podaza wg tego samego schematu (po angielsku):
-Hello Sir, do you wanna buy some water/guidebook/postcards...?
-No thanks.
-But you don't have water/guidebook/postcards...
-Yes, we already have water/a guidebook/postcards. Thank you!
-But I have cold, your water not cold/I have different guidebook/postcards.
-No thanks, maybe later...
-OK you buy from me when you come back, OK? What's your name?
-BiG
-My name X, make sure you buy my water/guidebook/postcards when you come back... Sir, will you remember to buy from X?...

Tej rozmowie dodaje pewnego uroku to, ze sprzedajacy sa szescio-dziesieciolatkami, a dzieci kambodzanskie naprawde potrafia byc sliczne. Do tego naprawde pieknie mowia po angielsku (choc znajomosc jezyka czesto sie na tych paru zdaniach konczy). W jednym z miejsc slyszymy "where you from" i kiedy mowimy ze z Polski, dziewczynka mowi pieknie "dzien dobry"!

Oczywiscie kulisy tego calego procederu sa bardzo smutne - dzieci zamiast chodzic do szkoly - pracuja. Podobno w Kambodzy mniej niz polowa dzieci konczy podstawowke.

Ogladanie zaczynamy od najwiekszej na swiecie swiatyni, liczacej ponad 80 ha Angkor Wat. XII-wieczne ruiny otacza fosa, w ktorej kiedys ponoc byly krokodyle. Teraz kambodzanskie dzieci popisuja sie tu skokami do wody. Nad nami goruje piec wiez swiatyni poswieconej hinduskiemu bogowi Wisznu, ktorego podobizny, wraz z niezliczonymi scenami z hinduskiej mitologii, zdobia sciany swiatyni, siedziby khmerskich kroli od IX do XV wieku (kiedy to Angkor zostal zajety przez Tajow). Slonce delikatnie podkresla piaskowcowe reliefy i ornamenty, otaczaja nas podobizny dziesiatkow bostw - kiedys przywilej ich ogladania mieli tylko kaplani. Wierni musieli gromadzic sie na zewnatrz - nie tak jak w chrzescijanskich budowlach sakralnych. Umieszczone centralnie w swiatyniach posagi Buddy otacza mgielka dymu z kadzidel - tu i owdzie przemyka mnich w szafranowym stroju.

Chyba mamy szczescie, bo nie ma zbyt wielu turystow, przestraszyli sie deszczowej pory...

Jedziemy dalej do innych swiatyn, szczesliwi ze mamy rowery, ktore daja nam niesamowita swobode zatrzymywania sie gdzie chcemy i wjezdzania do mniej lub bardziej uczeszczanych zakamarkow. Dalej Phnom Bakheng, potem Angkor Thom - ruiny calego miasta na planie kwadratu o boku 3.5km, otoczone fosa o szerokosci 100m. Centralnie umieszczona XII/XIII-wieczna swiatynia Bayon, wyroznia sie wiezami ozdobionymi plaskorzezbami gigantycznych glow, ktore patrza w cztery strony swiata i, jak wierza archeologowie, przedstawiaja twarz krola Jayavarmana VII. Kazda twarz wienczy kwiat lotosu - symbol oswiecenia. Glowy - olbrzymy otacza 51 mniejszych wiez (jesli wierzyc przewodnikom - nie liczylilismy) a kazda z nich znowu spoglada w cztery strony swiata. Podobno jest tu tych twarzy ponad dwa tysiace, kazda troche inna: zamyslone, usmiechniete, smutne, wykrzywione grymasem, niektore niekompletne, w niektorych kamienne elementy troche sie poprzesuwaly nadajac im groteskowy wyglad.

Biegamy z aparatami jak opetani chyba przez pare godzin. Slonce juz nieco nizej, cienie sie wydluzaja, twarze patrza coraz bardziej zlowrogo. Ciagle mamy niedosyt... Czegos nam brakuje, bo oczekiwalismy romantycznych ruin zatopionych w dzikiej dzungli, a tu wszystko calkiem ladnie oczyszczone. Chyba zbiera sie na burze ("chyba nawet na pewno"). Wiemy, ze powinnismy juz wracac, mamy za soba jakies 15 km w upale i na chinskich rowerach (mamy nadzieje ze sa rzeczy, ktore Chinczycy robia lepiej; niech Budda ma ich w swojej opiece), jestesmy mokrzy od potu, wszyscy juz jada z powrotem, ale my jeszcze idziemy w jedno miejsce - do Tha Prohm - jedynej swiatyni, ktorej czule rece konserwatorow nie wyczyscily jeszcze z lian, korzeni i pnaczy. Grzes wzdycha na samo wspomnienie nazwy tej swiatyni, a moze sobie wyobraza, ze spotka Lare Croft. Ja w czasie ogladania Tomb Raiderze zasnelam wiec nie wiem czego oczekiwac... (a propos Lary - w Siem Reap jest Red Piano bar w ktorym Angelina Jolie podobno lubila przesiadywac w trakcie krecenia zdjec; zostawila po sobie pare zdjec i drink, ktory stal sie drinkiem firmowym).

Wreszcie docieramy. Nastroj jest niesamowity, ruiny poprzerastane korzeniami drzew. Nie ma juz zywej duszy. Cykady zaczely juz swoj wieczorny spiew. Ci, co spali w puszczy wiedza, jaki to przerazajacy halas. Nie bardzo umiem to opisac. Dziesiatki razy probowalismy sie zastanawiac do czego moznaby ten halas przyrownac. Dla mnie jest najblizszy cieciu pila jakichs olbrzymich kamiennych glazow: nieustajacy, ogluszajacy, metaliczny... Zbiera sie na burze i w drodze powrotnej jest mokro (i ciemno).

Wokol ruin spedzamy jeszcze dwa dni. "Zaliczamy" Prasat Kravan, Banteay Kdei, Pre Rup, East Mebon z kamiennymi sloniami i Preah Khan-rownie niesamowita jak Tha Prohm. Wszystkie sa troche inne, pochodza z roznych okresow i roznym sluzyly celom - swiatynie, palace, klasztory itd.

Aby dopelnic satysfakcji jedziemy nad jezioro Tonle Sap, podobno najwieksze jezioro Azji, i ogladamy wioske rybacka u ujscia rzeki. Jest tu szkola, kosciol rzym.-kat.(!) sklepy i restauracja z farma krokodyli. Wszystkie domy sa na palach po obu stronach ruchliwej arterii.

Brak komentarzy: